wtorek, 29 lipca 2014

Długa przerwa w pisaniu. Niewiele się wydarzyło nie licząc ostatniego cudownego tygodnia spędzonego z rodziną nad polskim morzem.
28.07 poleciałam do Gdańska. Odebrał mnie tatuś i ruszyliśmy do domku dziadków w małej nadmorskiej miejscowości. Przez cały tydzień pogoda była przepiękna. Koło domku upał, na plaży cieplutko i lekki wiaterek. Jedynie woda zimna.
Nie widziałam rodziny niecałe 2 miesiące. To nie długo jeżeli nie brać pod uwagę małego Adasia. Bardzo się zmienił. Już praktycznie wszystko rozumie i łobuzuje.
Od razu mnie poznał ale pierwsze 30 minut trzymał się na dystans. Potem wszystko wróciło do normy i ciocia Ala wróciła na swoją pierwotną pozycję.
Spacerki i rozmowy z mamą, wspólne, rodzinne plażowanie, latanie z Adasiem zanurzyć stópki w morzu, wypady z Martą i Pawłem, przekomarzanie się z Filipem, najlepsze lody na świecie... Jeszcze tylko Michał i drudzy dziadkowie by się przydali! Takie wakacje to ja rozumiem! Tylko trochę mi Giorgio brakowało. Zwłaszcza w nocy- tak dziwnie było samej zasypiać...

Podczas mojej przerwy w pisaniu dostałam parę ofert pracy. Niestety albo wydały mi się one zupełnie niepoważne, albo ludzie pytali o popołudnia, które już mam zajęte.
Ale mam też dobre wiadomości: Giorgio udało się zdać matematykę oraz fizykę. Teraz przygotowuje się do ustnej aeronautyki. Wygląda na to, że wakacje zaczną nam się 1 sierpnia. Może Toskania a potem trochę morza, trochę gór. Może uda nam się zawitać znowu do Polski? Tym razem do Krakowa. Byłoby super!
A dopo!

poniedziałek, 14 lipca 2014

Większa część mojej rodziny jest teraz nad morzem. Jak tam musi być wesoło! Adaś grzebiący w piasku, Agri szalejąca w morzu, wieczorne spacery z rodzicami, wyprawy na plażę... Tak bardzo chciałabym być z nimi. :(
Poof! Taka mnie tęsknota naszła, ze właśnie kupiłam bilet. Lecę w przyszłym tygodniu! Smutno mi tylko, że Giorgio nie poleci ze mną. Tak bardzo chciał...

My teraz mamy ciężki okres egzaminów. Gio coraz szybciej się poddaje i coraz mniej wierzy w swoje siły. Staram się jak mogę, żeby mu pomóc i go zmotywować ale nie wiem czy to da jakieś efekty. Najbliższy egzamin już jutro (trzymajcie kciuki). Fizyka. Obszerny, całoroczny materiał dla mnie kompletnie niezrozumiały. Giorgio spędza zamknięty w pokoju obok całe dnie. Co jakiś czas przylatuje do mnie i  mocno mnie ściska mówiąc "Ale jestem dobry! Umiem zrobić wszystkie zadania!" a czasami wraca do pokoju ze zwieszoną głową, rzuca się na łóżko i odpoczywa 10 minut. Regeneruje siły.
Jeżeli akurat uczy się teorii zdarza mi się go przepytywać (po włosku oczywiście). Na ogół jednak po prostu schodzę mu z drogi, żeby nie rozpraszać.
Weekendy zwykle spędzamy sami. To jest mój czas na wykazanie się w kuchni. Zwykle w domu nie ma nic, oprócz makaronu, co nadawałoby się na obiad a tu sklepy zamykane są od 12-15 więc kombinuję coś z niczego. Nie jest źle.
Po raz kolejny rozsyłam CV. Niestety jak na razie dostaję jedynie propozycje, które całkowicie mi nie grają. (Od 24-04 w nocy za 35 euro, bo mama dziecka musi się "spotkać ze znajomymi"? hmm nie, nie, nie) No cóż. Zobaczymy, może znajdę coś sensownego.
A dopo!

piątek, 4 lipca 2014

papiery

  W sprawie zameldowania: Maurizio wystosował e-mail do Comune, do którego załączył parę aktów prawnych zaprzeczających konieczności posiadania konta bankowego w przypadku ubiegania się o dowód osobisty.
Uff! Sprawa więc wygląd tak: jeżeli uda mi się przylecieć przez najbliższe 2 miesiące do Polski (a sądzę, że tak) czas mojego pobytu we Włoszech będzie liczony na nowo (tzn. będę miała kolejne 3 miesiące na zameldowanie). Do tego czasu powinnam dogadać się z Sereną w sprawie umowy. Najprawdopodobniej moje roczne zarobki będą wystarczające do otrzymania ubezpieczenia zdrowotnego i całkiem możliwe, że na tyle niskie, iż nie będę musiała płacić podatku. W tym wypadku więc sprawa jest banalnie prosta i nie muszę się martwić. Jeżeli jednak z jakieś przyczyny nie podpiszemy umowy będę musiała złożyć deklarację posiadania wystarczającej ilości pieniędzy na przeżycie roku we Włoszech (ponad 5500 euro). Moje pytanie jest jedno: jak oni mogą to sprawdzić? Policjant przyjdzie do mnie i przeliczy pieniądze w śwince skarbonce? Jaką będzie miał pewność czy są moje albo, że faktycznie wystarczą mi na rok a nie wydam ich pierwszego dnia?  Odpowiedź też jest jedna: nikt się nawet nie pofatyguje tego przeczytać a co dopiero sprawdzić. Liczy się tylko papier. Ehh...

  Dzisiaj rano pojechałam do przyjaciółki rodziny, Raffaelli pomóc jej przy dzieciach. 7 miesięczna Susanna nie sprawiała większych problemów. Dziecko anioł- bez smoczka, w wózku przez 2 godziny po prostu patrząc bystro na świat. Barbara niby też słodka i nieszkodliwa jednak tylko dopóki wszystko w pobliżu jest jej. Gdy Raffa chciała uśpić Susanne w wózku Barbary.... co za krzyk, co za lament! Mniejsza płakała bo była padnięta a większa bo "to mój wózek!!!". W końcu ja poszłam polulać  Susi a Raffie zostawiłam dogadanie się z krzykaczem.
Po dzisiejszym dniu stwierdzam, że opieka nad 7 miesięcznym dzieckiem jest łatwiejsza i przyjemniejsza niż nad 3 letnim!

  Jakoś tak dzisiaj wyjątkowo mocno tęsknie za domem, rodzinom... Dobrze mi tu ale chciałabym jak najszybciej znowu zobaczyć te wszystkie kochane buźki (w lepszej jakości niż na Skypie...)!
A dopo!

wtorek, 1 lipca 2014

"wypłata"

Moje spotkania z Matilde są zwykle bardzo podobne. Jako, że jestem tam tylko na 1.5 godziny a ona dopiero co wraca z przedszkola- koniecznie trzeba oglądać bajki. Moja praca jest więc banalnie łatwa. Siedzę z nią na kanapie, oglądamy bajki po angielsku a ja w trakcie do niej gadam opisując dodatkowo co się dzieje. Gdy ją coś bardzo zainteresuje powtarza dane słówko czy frazę. Często jednak zupełnie nie ma to sensu więc ją poprawiam. Ostatnio, gdy oglądałyśmy "3 male świnki" zapytała mnie co to znaczy "bi-ba-bu". Bi ba bu?! "Big bad woolf, Mati?" Si!
Wczoraj spieszyłam się, żeby wyjść nieco wcześniej, bo rodzice Gio czekali na mnie ze "świątecznym obiadem", z okazji zdania matury :) Mati już też pod koniec była zmęczona kreskówkami i chyba głodna a więc przyklejona do mamy. Szybko więc się z nią pożegnałam. Jej mama zatrzymała mnie w drzwiach, wręczyła kopertę mówiąc, że to za dni tu spędzone i że to nie dużo pieniędzy ale jak na początek... Podziękowałam i wyszłam. Za drzwiami otworzyłam kopertę. Znalazłam w niej 100 euro. Ścięło mnie. Wiedziałam, że chce mi zapłacić ale myślałam, że symbolicznie, może zwrócić pieniądze za dojazd i tyle.
Byłam tam 4 razy po 1.5 godziny. Wyszłoby więc ponad 16 euro za godzinę. Biorąc pod uwagę, że za pierwszym razem w ogóle się z małą nie bawiłam, tylko rozmawiałam z jej mamą- ponad 20 euro. Ewidentnie widać, że są zamożnymi ludźmi i zależy im na mnie ale nie wierzę, żeby chcieli mi tyle płacić! Teraz pytanie: czy te pieniądze stanowią tylko zachętę, czy może zapłaciła mi też za przyszłe spotkania (nie mam pojęcia jak często chce mnie jeszcze widzieć)?
Tak czy siak, widzimy się jeszcze raz w tym tygodniu. Mamy porozmawiać odnośnie umowy i jak to wszystko rozwiązać. Najprawdopodobniej więc wszystkiego dowiem się już wkrótce.
A dopo!