środa, 25 czerwca 2014

tydzień

Maurizio poszedł do Comune Novate Milanese, zasięgnąć języka w sprawie mojego dowodu osobistego i spraw pobytowych. Jak mi to później opisał: kobieta, którą o to zapytał zrobiła wielkie oczy i powiedziała, że od bardzo dawna żaden cudzoziemiec nie starał się u nich o zameldowanie. Prawdopodobnie wpadła w taki popłoch, że latała od pokoju do pokoju pytając, czy ktoś coś wie. Skończyło się na tym, że przyjechała przełożona, która... też wybałuszyła oczy. Była jedynie w stanie powiedzieć, że za tydzień wróci z urlopu osoba, która odpowiada za tego typu sprawy. Teraz najlepiej więc zająć się szukaniem ubezpieczenia.
Trochę się przestraszyłam, bo byłam przekonana, że ubezpieczenie tu będzie bardzo drogie. Nie jestem bowiem pewna kiedy i czy znajdę odpowiednią pracę. Sprawdziliśmy i okazuje się, że u prywatnego ubezpieczyciela koszt takiej "zabawy" zaczyna się od ok 140 euro/rok. To jest więc jakieś rozwiązanie.

Na weekend pojechaliśmy nad morze do dziadków Giorgio. Pogoda była idealna jak na dom bez klimatyzacji. W południe: niebo usłane chmurami a słońce przebijające się tylko od czasu do czasu. Wieczorkiem- słonecznie, więc idealnie, żeby pójść na plażę.
Gio do południa się uczył, ja oglądałam serial po włosku i czytałam książkę na balkonie. Po lunchu poszliśmy do ogrodu postrzelać z łuku. Potem Giorgio wrócił do książek a ja poszłam z jego babcią na spacer.  Po drodze opowiadała mi o roślinach i okolicznych ziołach (oczywiście po włosku, więc byłam z siebie bardzo zadowolona, że wszystko rozumiałam). Pytała, czy takie kwiaty rosną w Polsce i jaka teraz jest tam pogoda? Było bardzo miło.
W niedzielę wieczorem pojechaliśmy zjeść obiad na skałkach przy plaży a potem ruszyliśmy do domu.

W poniedziałek po południu pojechałam do domu Sereny, żeby "poznać się z Matilde (córeczką) i zobaczyć czy odpowiada nam współpraca". Mała jest bardzo słodka choć rozpuszczona jak dziadowski bicz.
Matilde znalazła pudełeczko w którym było chyba milion gumek recepturek, które oczywiście natychmiast wysypała na łóżko. Hmm co by tu z nią zrobić, żeby nie zepsuła wszystkich tych gumek? Rzut okiem na otaczające mnie rzeczy. Jest! Znalazłam gumową kaczuszkę. Przez około godzinę Mała wkładała odpowiednio dobrane kolorystycznie recepturki na szyję kaczki (która, w jej mniemaniu była Cindirellą wybierającą się na bal u księcia). Gdy nareszcie skończyła poszła pokazać swoje dzieło mamie. Wracając jednak zdała sobie sprawę, że kaczki lubią pływać. Ściągnęła więc wszystkie recepturki, nalała wody do bidetu i starannie myła wszystkie kaczuchy (było ich 5). Patrzyłam na Serenę, czy nic nie mówi, nie ma nic przeciwko ale widocznie tej małej na wiele się pozwala...
Po 10 minutach takiej zabawy byłam cała mokra nie wspominając już o łazience. Tu więc nadeszła pora na kolejną zabawę- trzeba wszystko wypucować. Koniec końców wszystko wróciło do normy. Mała była szczęśliwa, rodzice chyba też a ja pobiegłam złapać metro.
Dzisiaj znowu tam pojadę. Zobaczymy co tym razem wymyśli.

Wtorek: latałyśmy z Florą po różnych miejscach w Novate rozwieszając ogłoszenia "Babysitter in English". 2 przedszkola, żłobek, szkoła muzyczna, szkoła języków obcych, piekarnia, sklep. Może ktoś się skusi?
A dopo!

czwartek, 19 czerwca 2014

męczący dzień

  Koło 11 pojechałam z Maurizio do ING direct założyć konto. Było sporo ludzi, więc czekaliśmy ponad 30 minut. Gdy wreszcie przyszła na nas kolej okazało się, że polski dowód nie wystarczy i muszę wyrobić włoski. Oczywiście w urzędach mają obowiązek przyjąć polski dokument. W bankach jest teoretycznie inaczej. Mogłabym bawić się w składanie skarg i na pewno zostałoby to uznane, ale wyrobienie takiego dowodu kosztuje 5 euro, więc nie dajmy się zwariować.
To więc kolejna rzecz, którą dodałam do mojej listy "rzeczy do zrobienia".
  Po tak "owocnie" spędzonym czasie pojechałam z Giorgio i jego znajomymi z uczelni na sushi. Bardzo dobrze się bawiłam. Gdy skończyliśmy jeść byliśmy tak pełni, że stwierdziliśmy- trochę ruchu by się przydało. Ruszyliśmy więc na plac Duomo po drodze wchodząc do różnych sklepów.
Zostały mi już tylko 3 godziny do spotkania z kobietą, która chciałaby, żebym zajęła się jej dzieckiem. stwierdziliśmy więc, że bez sensu, bym wracała do domu. Gio wrócił sam a ja zostałam jeszcze chwilę z jego znajomymi a potem ruszyłam na stację metra. Udało mi się przejechać może 2 stacje, gdy nagle wysiadła klimatyzacja a po chwili zgasło też światło. Na najbliższej stacji wszyscy wysiedliśmy i czekaliśmy co dalej. Komunikat po włosku- nie do zrozumienia, ale po zbiorowym "Ooooh!" pasażerów dało się wywnioskować, że to nic dobrego. Stałam tak dobrą chwilę i zastanawiałam się co teraz, kiedy podszedł do mnie chłopak i zapytał czy mówię po angielsku. Oczywiście chciał się dowiedzieć co się dzieję, ale trafił na niewłaściwą osobę. Mimo to bardzo miło nam się rozmawiało. Metro ruszyło po niecałych 5 minutach. Chłopak wysiadał na tym samym przystanku więc pomógł mi znaleźć odpowiednią ulicę. Tam się rozstaliśmy.
Nieopodal domu, w którym miałam spotkać się z Sereną i jej rodziną, znalazłam park. Tam też na nią czekałam obserwując starsze osoby plotkujące lub śpiące nieopodal i bardzo hałaśliwe dzieci na huśtawkach.
Serena ma bardzo ładne, zadbane i nowoczesne mieszkanie oraz wspaniałą rodzinę. Razem wyglądali trochę jak z filmu. Jej córeczka jest bardzo ładna i słodka. Wydaje mi się, że może być trochę rozpieszczona, ale zobaczymy. Rozmawiałyśmy około godziny. Czemu tu przyjechałam, co zamierzam robić, gdzie mieszkam itd. Niestety okropnie bolała mnie głowa. Czułam, że choć bardzo chcę, nie jestem w stanie żywo odpowiadać na wszystkie pytania i ciągle się uśmiechać. Mimo to dowiedziałam się że: Serena chciałaby, żebym zajęła się małą popołudniami zaczynając od sierpnia! Dobrze byłoby się jednak wcześniej poznać i zobaczyć, czy nam odpowiada taka współpraca, więc najprawdopodobniej spotkamy się parę razy w przyszłym tygodniu. Sprawa jest więc otwarta.
Teraz lecę na kolejne spotkanie tym razem z przyjaciółką rodziny, która wprowadzi mnie w tajniki "babysitterstwa" :D
A dopo!

piątek, 13 czerwca 2014

drugie zderzenie

  To było żałosne, śmieszne i smutne zarazem! Dosłownie parę minut temu wróciłam z Informa Giovani...
  Specjalnie dzisiaj wstałam wcześniej. Zjadłam szybkie śniadanie, umyłam się i pełna nadziei ruszyłam do punktu informacyjnego dla młodych. Pierwsze wrażenie: całkiem miło, pusto ale atmosfera wydaje się być przyjazna. Za biurkiem siedziała kobieta ok 35 lat i mężczyzna po 40. Oczywiście pierwsze o co zapytałam to czy mówią po angielsku. Oboje zmierzyli mnie wzrokiem, popatrzyli na siebie i mężczyzna odpowiedział mi "a little". Uff chociaż tyle.
Zapytałam go więc, czy mają może jakieś oferty pracy w języku angielskim. Mężczyzna westchnął, podszedł do stoliczka, otworzył segregator i dalej wzdychając przewracał kartki. Kartek było może 10, nie zajęło mu to więc zbyt dużo czasu. "No niestety nic nie mamy". Spodziewałam sie tego.
No dobra, skoro nie praca, to może mógłby mi pan udzielić informacji co powinnam zrobić? Wyrobiłam już Codice fiscale, wiem, że po maksymalnie 3 miesiącach powinnam się zameldować. Czy jest coś jeszcze, co powinnam załatwić? [seria westchnięć ze strony, bądź co bądź, dosyć miłego pana] "mmm... możemy tu pani pomóc w tak wielu dziedzinach, ale akurat tych informacji nie posiadamy". Zatkało mnie. Uśmiechnęłam się bardzo szeroko, podziękowałam i wyszłam.
  Potrzebny komentarz??? Może tak: Hmm... wydawało mi się, że w  Infroma Giovani można znaleźć jakieś informacje. Rozumiem, że mogli akurat nie mieć ofert pracy, ale informacje dla obcokrajowców o pobycie mieć powinni!

A teraz trochę bardziej rozrywkowo:
Wczoraj wieczorem pojechaliśmy świętować urodziny babci Giorgio w czymś w rodzaju "klubu starszych panów". Poszliśmy po prostu na dancing. Jak powiedziałam Gio, to było:
1) śmieszne- patrzenie na te wszystkie wywijające na parkiecie pary do koszmarnej muzyki. Pomijając wygląd pań, które często były ubrane w bardzo skąpe sukienki.
2) smutne- bo panowie (w naszej opinii: hunters), krążyli cały czas między stolikami, szukając jakieś partnerki do tańca. Niestety, chyba ciężko było im jakąś znaleźć. Większość pań bowiem przyszła ze swoimi mężami. Huntersi krążyli więc tak bez końca powoli tracąc nadzieję.
3) optymistyczne- po pierwsze patrzenie na rodziców i dziadków Giorgio, którzy tańczyli co jakiś czas gdzieś tam przytuleni. Aż mi się łezka w oku zakręciła, gdy patrząc na Florę i Maurizio przypomniałam sobie, że dawno temu weszłam do salonu a w nim moi rodzice tańczyli przytuleni do kawałka "If you leave me now" Ive Mendes. Bardzo wzruszający widok...
Po drugie wszystkie te pary, pomimo tego, że średnia wieku była około 60 lat, naprawdę świetnie się bawiły i bardzo dobrze tańczyły.
Taki wstyd kiedy ja i Giorgio wyszliśmy na parkiet... Nigdy razem nie tańczyliśmy w taki sposób i okazało się, że zupełnie nam to nie wychodzi. Może moja wina, bo jak tylko on się ruszał: ja wybuchałam śmiechem. Biedny... Ale nie dało się nie śmiać, uwierzcie mi. Albo musimy popracować nad naszym "tańcem", albo tańczyć osobno.
I ostania rzecz. Ciocia Gio powiedziała mi wczoraj, że pracuje w żłobku (dzieci od 3 miesiąca życia) i że gdyby wiedziała, że szukam pracy jako opiekunka do dziecka to już by mi dawno ludzi podesłała. Ponoć sporo mam przychodzi tam pytać o nianie po angielsku! Jak tylko będzie coś wiedzieć to mnie zarekomenduje albo podeśle mi jakiś rodziców. Super! :)
A dopo!

czwartek, 12 czerwca 2014

poszukiwania

Upał w dalszym ciągu daje nam wszystkim w kość. Dzisiaj wyszłam na zewnątrz około 13 tylko na parę minut pomóc Florze posegregować śmieci. Wróciłam cała zgrzana. Aż mi się w głowie kręciło!
W ciągu dnia chętnie wyszłabym na spacer, do parku czy poszła do sklepu ale się nie da! Trzeba czekać aż zajdzie słońce. Włochy...
Wczoraj zaczęłam wyszukiwać oferty pracy i wysyłać CV. Na początku skrupulatnie wybierając co lepsze, potem już jak leciało, wszystko co w miarę odpowiadało moim wymogom. Niestety nie byłam zbyt dobrej myśli.
Dzisiaj, po powrocie z pracy Flora powiedziała mi, że zadzwoniła do swojej przyjaciółki (udało mi się ją poznać w zeszły weekend), która opiekuje się dziećmi w Mediolanie. Rafaella, bo tak ma na imię, zaproponowała, że mogę przyjść pomóc jej z dziećmi. Coś w rodzaju bezpłatnej praktyki. Najczęściej odbiera ona dzieci ze szkoły/przedszkola i bawi się z nimi w parku. Wydaje mi się, ze to całkiem dobry pomysł. Po pierwsze- zobaczyłabym jak to wygląda, po drugie inne mamy w parku mogłyby mnie zobaczyć i może akurat bym się im spodobała albo została polecona, po trzecie całkiem możliwe, że Rafaella będzie zmuszona zostawić parę dzieciaków więc może byłaby to możliwość do przejęcia ich. Zobaczymy.
Dosłownie parę minut temu dostałam też odpowiedź na mój list od jednej z mam. Kobieta mieszka dość blisko nas, na wschodzie Mediolanu i ma 3 letnią córeczkę. Dziewczynka chodzi do przedszkola, więc potrzebuje jedynie kogoś, kto mógłby ją odebrać i przez ok 3 godziny pobawić się z nią w parku, gdy pogoda na to pozwala, lub w domu. W przyszłym tygodniu mamy się spotkać i porozmawiać. Myślę, że to całkiem dobry początek. Oczywiście 3 godziny pracy dziennie to prawie żadna praca, ale dobre i to. Poczekamy zobaczymy. Oby ktoś jeszcze mi odpisał :)
A dopo!

poniedziałek, 9 czerwca 2014

wakacyjnie

  Weekend spędziliśmy nad jeziorem. Pogoda była przepiękna. Nawet za gorąco! Na campingu nie dało się wytrzymać na szczęście przy samym brzegu wiał ożywczy wiaterek.
  Z dnia na dzień rozumiem coraz więcej. Codziennie rano, przy śniadaniu puszczam sobie Peppę Pig, bo tam język jest najbardziej zrozumiały i często powtarzają frazy. Zawsze się w tedy zastanawiam czy mój mały Adaś już widział ten odcinek. oprócz tego codziennie trochę fiszek i tekst lub dwa z książki do nauki języka. Tak jak obiecałam Gio- od dzisiaj mniej angielskiego a więcej włoskiego. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
  Od dzisiaj też chcę zacząć szukać pracę. Gdy tylko Giorgio przetłumaczy mi CV zacznę je rozsyłać. Zamierzam też podejść do znajdującego się niedaleko Informa Giovani, czyli punktu informacyjnego dla młodych ludzi. Może mi coś doradzą w sprawie pracy lub mojego pobytu tutaj. Chciałam tam podejść już dzisiaj ale jest tak gorąco, że chyba sobie daruję, szczególnie, że otwarty jest popołudniu. Co jeszcze muszę załatwić?
  Nad jeziorem spotkałam dziewczynę, której matka jest polką. Pogadałyśmy trochę po polsku. Było to strasznie dziwne. Nie dla tego, że już nie dużo pamiętała (ostatni raz w Polsce była 2 lata temu i to tylko na 4 dni. Cała jej rodzina jest we Włoszech) ale dlatego, że w koło nas ciągle słyszałam włoski a na usta cisnęły mi się angielskie wyrazy. Trochę się pomęczyłam i wyszło na to, że rozmawiałyśmy w 3 językach naraz.
  Tęsknię, ale nie jest już na szczęście tak źle jak na początku. Przyzwyczaiłam się. Wszyscy mi bardzo pomagają i są niesamowicie życzliwi. Codziennie jednak zastanawiam się co w tej chwili robi Marta, jak broi mały Adaś, czy Filip nie daje za bardzo w kość rodzicom, co u Michała i Magdy, jak się czują dziadkowie. Eh muszę chyba doładować skypa, żeby móc z Wami pogadać.
Gorące całuski kochani! A dopo!

PS Subskrypcja! Jeżeli chcecie dostawać powiadomienia o nowych postach i nie musieć sprawdzać co jakiś czas czy coś dodałam: na górze, nad tym postem wpiszcie swój adres e-mail i kliknijcie Submit  :)

środa, 4 czerwca 2014

pierwszy kontakt...

  Sprawy zaczęły nabierać tempa. Wczoraj dostałam mój nowy, włoski numer telefonu. Zrządzeniem losu (w które tym razem wierzę) podczas zmiany operatora dla Giorgio musieli zamiast 1 karty kupić aż 3. To bardzo skomplikowane i nie wiem czy wszystko udało mi się zrozumieć, tak czy siak dostałam jedną z tych kart. Zobaczymy, czy za 3 miesiące nie będę musiała jej zmienić ale jak na razie- zostaje :)
  Dzisiaj, jako że Gio ma dzień wolny pojechaliśmy do Agenzia delle entrate, żeby załatwić mój prywatny Codice fiscale. Jest to coś co działa na zasadzie naszego numeru PESEL jest jednak dużo dłuższe i składa się zarówno z cyfr jak i liter a potrzebny jest dosłownie wszędzie.
  Procedura w takim urzędzie bardzo podobna jest do naszej w Polsce (np załatwianie karty EKUZ). Różnica jednak polega na tym, że po wejściu nie pobierasz numerku z maszyny tylko stoisz w kolejce do 1 z 2 okienek gdzie pani Ci go podaje. Trochę mnie to zdziwiło, bo niby czemu nie mogłabym sama tego zrobić, pani jednak podała mi formularz do wypełnienia i powiedziała, że muszę zrobić kopię dowodu (oczywiście w innym budynku bo tu- Ups!- kserokopiarka nie działa). Dodam tylko, że pani była nadzwyczaj miła a gdy dowiedziała się, że jestem z Krakowa, uśmiechnęła się promiennie i powiedziała, że tam była i że miasto jest przepiękne.
  Zrobiliśmy wszystko co kazała i czekaliśmy na pojawienie się naszego numerka. Na szczęście nie trwało to długo. Pani w tym okienku była już zdecydowanie mniej sympatyczna (typowy urzędas: zero uśmiechu, spokój, opanowanie, kamienna twarz itd). Oprócz tego, że miała ogromny problem z przeczytaniem mojego nazwiska i miejscowości pomyliła się we wpisywaniu imienia. ALCJA? No cóż. Przynajmniej się udało!
  Tak oto "zaliczyłam" mój pierwszy kontakt z urzędem i urzędnikami we Włoszech. Tym razem poszło dość gładko, zobaczymy co będzie dalej :)
A dopo!

wtorek, 3 czerwca 2014

Pierwsze dni

  Przyleciałam 31 maja wieczorem. Ciężko było się rozstać z rodziną jeszcze ciężej opanować łzy w ramionach Giorgio. Musiało mu serce krwawić jak na mnie patrzył.
  Wieczorem tego samego dnia Elena świętowała swoje 18 urodziny. Impreza była spora, bo przeszło 25 osób. Wszyscy, którzy oczywiście odważyli się otworzyć do mnie buzie- a było to raczej stałe grono znajomych Gio, byli bardzo mili. Świetnie mi się z nimi gadało jednak ból głowy, który zaczął się już w samolocie, nasilił się przez głośną muzykę i migające światełka.
Udało nam się zmyć zaraz po torcie i szampanie więc w okolicach 2 nad ranem.
  Rano musieliśmy wstać o 7, bo Gio ostatnio nie zdążył odebrać mojego bagażu, który nadałam busem Agat. Szczęście, że kierowcy powiedzieli mi, że jadą do Turynu i będą wracać również przez Mediolan, więc możemy odebrać paczkę koło 9:30 na przystanku autobusowym. Nauczeni poprzednim wydarzeniem (bus miał być w Mediolanie 13:30 przezornie jednak zadzwoniłam zapytać, o której mniej więcej będą. Powiedzieli mi, że w okolicach 16. Potem, gdy Gio dzwonił powiedzieli mu "tra 2 ore". Tak więc pojechał tam ale bus już dawno odjechał) wyjechaliśmy odpowiednio wcześniej. Na szczęście przyjechali spóźnieni tylko parę minut. Odzyskałam rzeczy!
  Po przyjeździe do domu trzeba było to wszystko rozpakować. Nawet nie poszło tak źle. Nie zajęłam dużo miejsca :)
  2 czerwca- Festa della Repubblica, tak więc wolne od pracy. Rodzice Gio wraz z Eleną pojechali nad jezioro a my obeszliśmy cale Novate Milanese. Miasteczko nie jest duże a jednak można tu znaleźć sporo ciekawych rzeczy. Przede wszystkim jest bardzo zielone. W porównaniu z Mediolanem, gdzie zielony fragment jest rzadkościom, tu znajduje się mnóstwo parków, które w większości są bardzo zadbane i zrobione z myślą o dzieciach i młodzieży. Jedyne co mi się nie podobało w Novate (po naszej stronie torów kolejowych) to mnóstwo grafiti na praktycznie każdym budynku w okolicach parków i szkół.
  Po lunchu poszliśmy zobaczyć co kryje się po "drugiej stronie torów". Ta okolica zdecydowanie mniej mi się podobała. Budynki wyglądały na zaniedbane a ulice były jakby bez życia. Wracając wstąpiliśmy po pizze. Swoją drogą to co bardzo mnie bawi ale zarazem bardzo mi się podoba: Idziesz po pizze we Włoszech, którą w małej, brzydkiej budce z dużym obrazem Jezusa a obok napisem NAPOLI, sprzedają Turcy...O dziwo czekasz tylko 10 minut, płacisz 4 euro a pizza jest cieplutka i pyszna.
  Dzisiaj Gio poszedł na uczelnie, Elena do szkoły a rodzice Gio do pracy więc mam czas, żeby troszkę ogarnąć swoje rzeczy i zorientować się co i jak.
A dopo!