Maurizio poszedł do Comune Novate Milanese, zasięgnąć języka w sprawie mojego dowodu osobistego i spraw pobytowych. Jak mi to później opisał: kobieta, którą o to zapytał zrobiła wielkie oczy i powiedziała, że od bardzo dawna żaden cudzoziemiec nie starał się u nich o zameldowanie. Prawdopodobnie wpadła w taki popłoch, że latała od pokoju do pokoju pytając, czy ktoś coś wie. Skończyło się na tym, że przyjechała przełożona, która... też wybałuszyła oczy. Była jedynie w stanie powiedzieć, że za tydzień wróci z urlopu osoba, która odpowiada za tego typu sprawy. Teraz najlepiej więc zająć się szukaniem ubezpieczenia.
Trochę się przestraszyłam, bo byłam przekonana, że ubezpieczenie tu będzie bardzo drogie. Nie jestem bowiem pewna kiedy i czy znajdę odpowiednią pracę. Sprawdziliśmy i okazuje się, że u prywatnego ubezpieczyciela koszt takiej "zabawy" zaczyna się od ok 140 euro/rok. To jest więc jakieś rozwiązanie.
Na weekend pojechaliśmy nad morze do dziadków Giorgio. Pogoda była idealna jak na dom bez klimatyzacji. W południe: niebo usłane chmurami a słońce przebijające się tylko od czasu do czasu. Wieczorkiem- słonecznie, więc idealnie, żeby pójść na plażę.
Gio do południa się uczył, ja oglądałam serial po włosku i czytałam książkę na balkonie. Po lunchu poszliśmy do ogrodu postrzelać z łuku. Potem Giorgio wrócił do książek a ja poszłam z jego babcią na spacer. Po drodze opowiadała mi o roślinach i okolicznych ziołach (oczywiście po włosku, więc byłam z siebie bardzo zadowolona, że wszystko rozumiałam). Pytała, czy takie kwiaty rosną w Polsce i jaka teraz jest tam pogoda? Było bardzo miło.
W niedzielę wieczorem pojechaliśmy zjeść obiad na skałkach przy plaży a potem ruszyliśmy do domu.
W poniedziałek po południu pojechałam do domu Sereny, żeby "poznać się z Matilde (córeczką) i zobaczyć czy odpowiada nam współpraca". Mała jest bardzo słodka choć rozpuszczona jak dziadowski bicz.
Matilde znalazła pudełeczko w którym było chyba milion gumek recepturek, które oczywiście natychmiast wysypała na łóżko. Hmm co by tu z nią zrobić, żeby nie zepsuła wszystkich tych gumek? Rzut okiem na otaczające mnie rzeczy. Jest! Znalazłam gumową kaczuszkę. Przez około godzinę Mała wkładała odpowiednio dobrane kolorystycznie recepturki na szyję kaczki (która, w jej mniemaniu była Cindirellą wybierającą się na bal u księcia). Gdy nareszcie skończyła poszła pokazać swoje dzieło mamie. Wracając jednak zdała sobie sprawę, że kaczki lubią pływać. Ściągnęła więc wszystkie recepturki, nalała wody do bidetu i starannie myła wszystkie kaczuchy (było ich 5). Patrzyłam na Serenę, czy nic nie mówi, nie ma nic przeciwko ale widocznie tej małej na wiele się pozwala...
Po 10 minutach takiej zabawy byłam cała mokra nie wspominając już o łazience. Tu więc nadeszła pora na kolejną zabawę- trzeba wszystko wypucować. Koniec końców wszystko wróciło do normy. Mała była szczęśliwa, rodzice chyba też a ja pobiegłam złapać metro.
Dzisiaj znowu tam pojadę. Zobaczymy co tym razem wymyśli.
Wtorek: latałyśmy z Florą po różnych miejscach w Novate rozwieszając ogłoszenia "Babysitter in English". 2 przedszkola, żłobek, szkoła muzyczna, szkoła języków obcych, piekarnia, sklep. Może ktoś się skusi?
A dopo!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz