piątek, 24 października 2014

Z Matilde widujemy się od poniedziałku do piątku. Coraz bardziej lubię tę pracę mimo, że bywa ciężko.
Już częściej zdarza nam się fajnie bawić i wygłupiać ale bez przesady i bez płaczu. Musze zawsze mieć oczy szeroko otwarte bo wszędzie czyhają rzeczy, które mogą ją szybko doprowadzić do łez. Najwięcej problemu mam z odwróceniem jej uwagi od sklepiku z zabawkami, który znajduję się 5 metrów od bramy szkoły. Jeżeli go zobaczy, to koniec. Nie da się jej powiedzieć, ze jutro albo, że nie mam pieniędzy. Oczywiście zawsze stawiam na swoim ale tyle się muszę nagadać, żeby uniknąć łez. Kolejnym punktem zapalnym jest woda. Zdarza się, że po powrocie do domu szybciutko myjemy ręce i do zabawy. Ale bywa, że mycie rąk trwa 15 minut. Potem kolejne 15- mycie zębów. No a potem przecież trzeba się przebrać bo jest już cała mokra. Mimo to gdy jesteśmy w domu jestem bardziej spokojna. Wiem, że nawet  jeżeli będzie coś chciała czy po prostu broiła to, po pierwsze, nie zgromadzi w okół siebie tłumu gapiów a po drugie łatwiej mogę odwrócić jej uwagę np wyciągając jakąś zapomnianą zabawkę. Codziennie tez staram się mieć w torbie coś, co może ją zainteresować. Jeżeli idziemy do parku- bańki mydlane, gdy bawimy się w domu- kolorowe kredki itd.
Coraz szybciej robi się ciemno a jak wiadomo dzieci ciemności nie lubią. Mati szuka więc jak najwięcej kontaktu. Siada mi na kolanach albo wdrapuje się na mnie, żeby poczytać jej książeczkę. Lubię takie chwile. Jest wtedy spokojna i ja też.
W poniedziałki tuż po szkole biegniemy na zajęcia z rytmiki. Zwykle nie ma z tym problemu, bo Mati bardzo lubi tańczyć z innymi dziećmi a w szkole panuje miła atmosfera. We wtorki przychodzę po nią trochę później i idziemy do szkoły angielskiego. Miejsce to jest bardzo przyjazne dla dzieci. Wszystko piękne i kolorowe, w tle muzyka a nauczyciele zawsze sympatyczni i uśmiechnięci. Zawsze jednak muszę się trochę nagimnastykować zanim ją przekonam, że można się tam fajnie bawić, bo ona wolałaby iść potańczyć. Gdy wracamy jest już ciemno. Potem zaledwie 30 minut max godzinka i jej rodzice wracają z pracy. Wtorki więc są dla mnie dosyć przyjemne. Środy, czwartki i piątki stanowią dla mnie wyzwanie- znaleźć zawsze coś ciekawego, co szybko ją nie znudzi i możliwie nie zakończy się płaczem.
Teraz na szczęście jest piękna pogoda, więc przesiadujemy w parku. Oczywiście nie mogę spuścić jej z oka, ale zwykle bawi się z innymi dziećmi więc ja mogę sobie posiedzieć na ławeczce i powdychać trochę tutejszego smogu.
Jeszcze tylko parę godzin i weekend. Najchętniej spędziłabym go tylko z Giorgio ale chyba nie będzie nam dane. W niedziele jest oficjalne zamknięcie sezonu w Colico, więc wszyscy zapewne się zjadą żeby uporządkować żaglówki itd. Ale ponoć ma być piękna pogoda. Może jakiś spacerek albo lektura nad brzegiem jeziora?
A tymczasem czas coś zjeść i do roboty!
A dopo!

wtorek, 7 października 2014

Co za dzień... Całe przedpołudnie spędziłam z tatą Giorgio w urzędach, żeby się zameldować i złożyć podanie o ubezpieczenie. Niby poszło dosyć sprawnie ale na dowód osobisty będę czekać miesiąc, bo muszą sprawdzić czy mój kontrakt to nie pic na wodę.
Dosłownie wbiegłam do domu, szybko coś zjadłam i ruszyłam do miasta. Najpierw spotkanie z dziewczyną, z którą sobie "rozmawiamy" po angielsku. Umówiłyśmy się pod MCdonaldem koło wejścia do metra Loreto. Problem w tym, że są takie dwa. Ja byłam w jednym ona w drugim a między nami ulewa. Okazało się, że to ja znam lepiej te rejony, więc poszłam w jej kierunku. Po 20 minutach moknięcia i niemożności dogadania się co do miejsca wreszcie udało nam się usiąść i podyskutować.
Po godzinie ruszyłam po Matilde do przedszkola. Jej mama napisała mi, żebym zabrała ją do parku obok szkoły a ona do nas dojedzie. Dalej padało ale już nieco lżej. Poszłyśmy więc do parku. Szła z pomarańczową, popsutą parasolką, którą wzięłam z domu przez co wyglądała jak mały, chodzący grzybek. Ja niestety nie miałam drugiej dla siebie toteż, gdy zaczęło mocniej padać wzięłam małą na ręce, żeby się nieco skryć pod jej parasolem.
W parku czekałyśmy 15 minut. Na początku wszystko było ok,bo tylko lekko pokapywało. Spacerowałyśmy sobie więc, chowałyśmy się pod zjeżdżalniami itd. Po chwili jednak zaczęło mocniej padać więc znowu wzięłam ją na ręce, żeby się za bardzo nie zmoczyła.
Nareszcie przyjechał jej mama. Razem pojechałyśmy do szkoły, w której Matilde ma chodzić na godzinne lekcjo-zabawy po angielsku. Miejsce było naprawdę stworzone dla dzieci. Bardzo kolorowe, pełne muzyki i bardzo miłych i uśmiechniętych ludzi. Matilde zniknęła na godzinę bardzo zadowolona, że może pośpiewać i potańczyć z innymi a ja zostałam porwana przez jedną z nauczycielek, której była pierwszy dzień w pracy. Była więc bardzo podniecona i tak jak ja zafascynowana tą beztroską krainą.
Teraz jestem już w domu. Całkowicie przemoczona i bardzo zmęczona. A jako, że Giorgio gdzieś pojechał nie ma kto mi zrobić masażu... Dopiero teraz czuję, że Matilde piórkiem nie jest albo przynajmniej ja nie mam tyle siły w rękach.
A dopo!

czwartek, 2 października 2014

Od poniedziałku zaczęłam pracę. Przez ten tydzień jeszcze próbnie, z Sereną zawsze gdzieś nieopodal, żeby nie wrzucać Matildy na głęboką wodę.
Nie jest łatwo. Mała jest bardzo rozpieszczona w związku z tym gdy tylko coś chce, a nie dostanie kończy się płaczem lub wrzaskiem. Wydaje mi się jednak, ze zachowuje się tak przy mamie, bo wie, ze najprawdopodobniej dopnie swego. Jeżeli jesteśmy same, jest raczej spokojnie. Bawimy się, czytamy, czasami oglądamy jakąś bajkę.
Dzisiaj po raz pierwszy mam odebrać ją sama a Serena będzie czekać przed szkołą ( jako że zwykle się spóźnia parę minut). Jestem nieco spięta, bo w głębi duszy liczę na to, że przy mnie będzie spokojna i nie zrobi sceny w stylu " nie chcę założyć tych butów".
Misja: ujarzmić potworka :)

Zaraz po pracy mam mnie odebrać Giorgio i razem z jego znajomymi ruszamy na weekend nad morze. Gdzie? Nie mam pojęcia. Chyba w rejonie Emilia-Romania. Może Rimini? Dobrze nam zrobi ostatni wakacyjny relaks.

Zaczęłam też dawać lekcje-konwersacje po angielsku. To zdecydowanie łatwiejsza praca. W tej chwili mam jedną "uczennicę", 23 letnią studentkę. Bardzo mila dziewczyna. Będziemy się widywać 2 razy w tygodniu na godzinkę tutaj w Novate. Dzisiaj dzwoniła też jakaś kobieta, która pytała o godzinę tygodniowo dla chłopca, ale na razie nic więcej nie wiem, bo kontaktowała się z tatą Giorgio.

Giorgio ma już nowy podział zajęć na uczelni. Wygląda na to, ze nie będziemy się wiele widywać bo oprócz środy, kiedy ma dzień wolny (ale ja niestety nie), będzie siedział na uczelni dziennie 10 godzin. Wychodzi na to, że mamy dla siebie noce od 20:30-07:00 i weekendy. A uwzględniając fakt, ze mysi się na prawdę sporo uczyć... ehh.

 Coraz bardziej już tęsknie za rodzinką. Będę próbować się wyrwać na jakiś listopadowy weekend do Polski :)
A dopo!

czwartek, 25 września 2014

Miałam dość długą przerwę w pisaniu a to dlatego, że praktycznie nic się nie działo związanego z pracą. Teraz nagle maszyna ruszyła.
Pracę z Matilde zaczynam w poniedziałek. W tedy też powinnam podpisać umowę. Wszystko wygląda na razie o tyle dobrze, że będę miała pokryte ubezpieczenie a więc mogę się również zameldować i założyć konto w banku.
Praca ta wydaję się dość przyjemna, bo będą to zwykle tylko 3 godziny dziennie, tuż po przedszkolu. 15 godzin tygodniowo to nie dużo ale mam szanse na otrzymanie dodatkowych 5.
Skontaktowała się ze mną również studentka, która chcę żebym raz w tygodniu przeprowadzała z nią konwersację po angielsku. Z tego co wiem także inne osoby dopytywały o taką możliwość ale jeszcze nikt się ze mną nie skontaktował.
Mam też propozycję 2 godzin tygodniowo u rodziny z 6 miesięczną córeczką. Chcą, żebym po prostu do niej mówiła po angielsku (6 miesięcy!?). Ta oferta jednak "gnije w czyśćcu" bo Giorgio przestraszył się że napisał do mnie ojciec a nie matka. Tak więc zobaczymy.
Dzisiaj natomiast napisał do mnie facet z hotelu w którym zostawiłam CV. Mogłabym przygotowywać rano śniadania dla gości. Wszystko wydaje się ok tylko zapewne oznaczałoby to tylko godzinę pracy dziennie o wczesnej porze a jako że z dojazdem na razie nie mam lekko... Tak czy siak z tym facetem zobaczę się najwcześniej za tydzień więc możliwe że oferta będzie już nieaktualna. Zapewnił mnie jednak, że gdyby tak się stało postara się znaleźć dla mnie coś innego.
Razem z Giorgio cieszymy się z ostatnich wakacyjnych dni. Może uda nam się jeszcze w następny weekend wyskoczyć nad morze.
A dopo kochani!

wtorek, 29 lipca 2014

Długa przerwa w pisaniu. Niewiele się wydarzyło nie licząc ostatniego cudownego tygodnia spędzonego z rodziną nad polskim morzem.
28.07 poleciałam do Gdańska. Odebrał mnie tatuś i ruszyliśmy do domku dziadków w małej nadmorskiej miejscowości. Przez cały tydzień pogoda była przepiękna. Koło domku upał, na plaży cieplutko i lekki wiaterek. Jedynie woda zimna.
Nie widziałam rodziny niecałe 2 miesiące. To nie długo jeżeli nie brać pod uwagę małego Adasia. Bardzo się zmienił. Już praktycznie wszystko rozumie i łobuzuje.
Od razu mnie poznał ale pierwsze 30 minut trzymał się na dystans. Potem wszystko wróciło do normy i ciocia Ala wróciła na swoją pierwotną pozycję.
Spacerki i rozmowy z mamą, wspólne, rodzinne plażowanie, latanie z Adasiem zanurzyć stópki w morzu, wypady z Martą i Pawłem, przekomarzanie się z Filipem, najlepsze lody na świecie... Jeszcze tylko Michał i drudzy dziadkowie by się przydali! Takie wakacje to ja rozumiem! Tylko trochę mi Giorgio brakowało. Zwłaszcza w nocy- tak dziwnie było samej zasypiać...

Podczas mojej przerwy w pisaniu dostałam parę ofert pracy. Niestety albo wydały mi się one zupełnie niepoważne, albo ludzie pytali o popołudnia, które już mam zajęte.
Ale mam też dobre wiadomości: Giorgio udało się zdać matematykę oraz fizykę. Teraz przygotowuje się do ustnej aeronautyki. Wygląda na to, że wakacje zaczną nam się 1 sierpnia. Może Toskania a potem trochę morza, trochę gór. Może uda nam się zawitać znowu do Polski? Tym razem do Krakowa. Byłoby super!
A dopo!

poniedziałek, 14 lipca 2014

Większa część mojej rodziny jest teraz nad morzem. Jak tam musi być wesoło! Adaś grzebiący w piasku, Agri szalejąca w morzu, wieczorne spacery z rodzicami, wyprawy na plażę... Tak bardzo chciałabym być z nimi. :(
Poof! Taka mnie tęsknota naszła, ze właśnie kupiłam bilet. Lecę w przyszłym tygodniu! Smutno mi tylko, że Giorgio nie poleci ze mną. Tak bardzo chciał...

My teraz mamy ciężki okres egzaminów. Gio coraz szybciej się poddaje i coraz mniej wierzy w swoje siły. Staram się jak mogę, żeby mu pomóc i go zmotywować ale nie wiem czy to da jakieś efekty. Najbliższy egzamin już jutro (trzymajcie kciuki). Fizyka. Obszerny, całoroczny materiał dla mnie kompletnie niezrozumiały. Giorgio spędza zamknięty w pokoju obok całe dnie. Co jakiś czas przylatuje do mnie i  mocno mnie ściska mówiąc "Ale jestem dobry! Umiem zrobić wszystkie zadania!" a czasami wraca do pokoju ze zwieszoną głową, rzuca się na łóżko i odpoczywa 10 minut. Regeneruje siły.
Jeżeli akurat uczy się teorii zdarza mi się go przepytywać (po włosku oczywiście). Na ogół jednak po prostu schodzę mu z drogi, żeby nie rozpraszać.
Weekendy zwykle spędzamy sami. To jest mój czas na wykazanie się w kuchni. Zwykle w domu nie ma nic, oprócz makaronu, co nadawałoby się na obiad a tu sklepy zamykane są od 12-15 więc kombinuję coś z niczego. Nie jest źle.
Po raz kolejny rozsyłam CV. Niestety jak na razie dostaję jedynie propozycje, które całkowicie mi nie grają. (Od 24-04 w nocy za 35 euro, bo mama dziecka musi się "spotkać ze znajomymi"? hmm nie, nie, nie) No cóż. Zobaczymy, może znajdę coś sensownego.
A dopo!

piątek, 4 lipca 2014

papiery

  W sprawie zameldowania: Maurizio wystosował e-mail do Comune, do którego załączył parę aktów prawnych zaprzeczających konieczności posiadania konta bankowego w przypadku ubiegania się o dowód osobisty.
Uff! Sprawa więc wygląd tak: jeżeli uda mi się przylecieć przez najbliższe 2 miesiące do Polski (a sądzę, że tak) czas mojego pobytu we Włoszech będzie liczony na nowo (tzn. będę miała kolejne 3 miesiące na zameldowanie). Do tego czasu powinnam dogadać się z Sereną w sprawie umowy. Najprawdopodobniej moje roczne zarobki będą wystarczające do otrzymania ubezpieczenia zdrowotnego i całkiem możliwe, że na tyle niskie, iż nie będę musiała płacić podatku. W tym wypadku więc sprawa jest banalnie prosta i nie muszę się martwić. Jeżeli jednak z jakieś przyczyny nie podpiszemy umowy będę musiała złożyć deklarację posiadania wystarczającej ilości pieniędzy na przeżycie roku we Włoszech (ponad 5500 euro). Moje pytanie jest jedno: jak oni mogą to sprawdzić? Policjant przyjdzie do mnie i przeliczy pieniądze w śwince skarbonce? Jaką będzie miał pewność czy są moje albo, że faktycznie wystarczą mi na rok a nie wydam ich pierwszego dnia?  Odpowiedź też jest jedna: nikt się nawet nie pofatyguje tego przeczytać a co dopiero sprawdzić. Liczy się tylko papier. Ehh...

  Dzisiaj rano pojechałam do przyjaciółki rodziny, Raffaelli pomóc jej przy dzieciach. 7 miesięczna Susanna nie sprawiała większych problemów. Dziecko anioł- bez smoczka, w wózku przez 2 godziny po prostu patrząc bystro na świat. Barbara niby też słodka i nieszkodliwa jednak tylko dopóki wszystko w pobliżu jest jej. Gdy Raffa chciała uśpić Susanne w wózku Barbary.... co za krzyk, co za lament! Mniejsza płakała bo była padnięta a większa bo "to mój wózek!!!". W końcu ja poszłam polulać  Susi a Raffie zostawiłam dogadanie się z krzykaczem.
Po dzisiejszym dniu stwierdzam, że opieka nad 7 miesięcznym dzieckiem jest łatwiejsza i przyjemniejsza niż nad 3 letnim!

  Jakoś tak dzisiaj wyjątkowo mocno tęsknie za domem, rodzinom... Dobrze mi tu ale chciałabym jak najszybciej znowu zobaczyć te wszystkie kochane buźki (w lepszej jakości niż na Skypie...)!
A dopo!