Z Matilde widujemy się od poniedziałku do piątku. Coraz bardziej lubię tę pracę mimo, że bywa ciężko.
Już częściej zdarza nam się fajnie bawić i wygłupiać ale bez przesady i bez płaczu. Musze zawsze mieć oczy szeroko otwarte bo wszędzie czyhają rzeczy, które mogą ją szybko doprowadzić do łez. Najwięcej problemu mam z odwróceniem jej uwagi od sklepiku z zabawkami, który znajduję się 5 metrów od bramy szkoły. Jeżeli go zobaczy, to koniec. Nie da się jej powiedzieć, ze jutro albo, że nie mam pieniędzy. Oczywiście zawsze stawiam na swoim ale tyle się muszę nagadać, żeby uniknąć łez. Kolejnym punktem zapalnym jest woda. Zdarza się, że po powrocie do domu szybciutko myjemy ręce i do zabawy. Ale bywa, że mycie rąk trwa 15 minut. Potem kolejne 15- mycie zębów. No a potem przecież trzeba się przebrać bo jest już cała mokra. Mimo to gdy jesteśmy w domu jestem bardziej spokojna. Wiem, że nawet jeżeli będzie coś chciała czy po prostu broiła to, po pierwsze, nie zgromadzi w okół siebie tłumu gapiów a po drugie łatwiej mogę odwrócić jej uwagę np wyciągając jakąś zapomnianą zabawkę. Codziennie tez staram się mieć w torbie coś, co może ją zainteresować. Jeżeli idziemy do parku- bańki mydlane, gdy bawimy się w domu- kolorowe kredki itd.
Coraz szybciej robi się ciemno a jak wiadomo dzieci ciemności nie lubią. Mati szuka więc jak najwięcej kontaktu. Siada mi na kolanach albo wdrapuje się na mnie, żeby poczytać jej książeczkę. Lubię takie chwile. Jest wtedy spokojna i ja też.
W poniedziałki tuż po szkole biegniemy na zajęcia z rytmiki. Zwykle nie ma z tym problemu, bo Mati bardzo lubi tańczyć z innymi dziećmi a w szkole panuje miła atmosfera. We wtorki przychodzę po nią trochę później i idziemy do szkoły angielskiego. Miejsce to jest bardzo przyjazne dla dzieci. Wszystko piękne i kolorowe, w tle muzyka a nauczyciele zawsze sympatyczni i uśmiechnięci. Zawsze jednak muszę się trochę nagimnastykować zanim ją przekonam, że można się tam fajnie bawić, bo ona wolałaby iść potańczyć. Gdy wracamy jest już ciemno. Potem zaledwie 30 minut max godzinka i jej rodzice wracają z pracy. Wtorki więc są dla mnie dosyć przyjemne. Środy, czwartki i piątki stanowią dla mnie wyzwanie- znaleźć zawsze coś ciekawego, co szybko ją nie znudzi i możliwie nie zakończy się płaczem.
Teraz na szczęście jest piękna pogoda, więc przesiadujemy w parku. Oczywiście nie mogę spuścić jej z oka, ale zwykle bawi się z innymi dziećmi więc ja mogę sobie posiedzieć na ławeczce i powdychać trochę tutejszego smogu.
Jeszcze tylko parę godzin i weekend. Najchętniej spędziłabym go tylko z Giorgio ale chyba nie będzie nam dane. W niedziele jest oficjalne zamknięcie sezonu w Colico, więc wszyscy zapewne się zjadą żeby uporządkować żaglówki itd. Ale ponoć ma być piękna pogoda. Może jakiś spacerek albo lektura nad brzegiem jeziora?
A tymczasem czas coś zjeść i do roboty!
A dopo!
piątek, 24 października 2014
wtorek, 7 października 2014
Co za dzień... Całe przedpołudnie spędziłam z tatą Giorgio w urzędach, żeby się zameldować i złożyć podanie o ubezpieczenie. Niby poszło dosyć sprawnie ale na dowód osobisty będę czekać miesiąc, bo muszą sprawdzić czy mój kontrakt to nie pic na wodę.
Dosłownie wbiegłam do domu, szybko coś zjadłam i ruszyłam do miasta. Najpierw spotkanie z dziewczyną, z którą sobie "rozmawiamy" po angielsku. Umówiłyśmy się pod MCdonaldem koło wejścia do metra Loreto. Problem w tym, że są takie dwa. Ja byłam w jednym ona w drugim a między nami ulewa. Okazało się, że to ja znam lepiej te rejony, więc poszłam w jej kierunku. Po 20 minutach moknięcia i niemożności dogadania się co do miejsca wreszcie udało nam się usiąść i podyskutować.
Po godzinie ruszyłam po Matilde do przedszkola. Jej mama napisała mi, żebym zabrała ją do parku obok szkoły a ona do nas dojedzie. Dalej padało ale już nieco lżej. Poszłyśmy więc do parku. Szła z pomarańczową, popsutą parasolką, którą wzięłam z domu przez co wyglądała jak mały, chodzący grzybek. Ja niestety nie miałam drugiej dla siebie toteż, gdy zaczęło mocniej padać wzięłam małą na ręce, żeby się nieco skryć pod jej parasolem.
W parku czekałyśmy 15 minut. Na początku wszystko było ok,bo tylko lekko pokapywało. Spacerowałyśmy sobie więc, chowałyśmy się pod zjeżdżalniami itd. Po chwili jednak zaczęło mocniej padać więc znowu wzięłam ją na ręce, żeby się za bardzo nie zmoczyła.
Nareszcie przyjechał jej mama. Razem pojechałyśmy do szkoły, w której Matilde ma chodzić na godzinne lekcjo-zabawy po angielsku. Miejsce było naprawdę stworzone dla dzieci. Bardzo kolorowe, pełne muzyki i bardzo miłych i uśmiechniętych ludzi. Matilde zniknęła na godzinę bardzo zadowolona, że może pośpiewać i potańczyć z innymi a ja zostałam porwana przez jedną z nauczycielek, której była pierwszy dzień w pracy. Była więc bardzo podniecona i tak jak ja zafascynowana tą beztroską krainą.
Teraz jestem już w domu. Całkowicie przemoczona i bardzo zmęczona. A jako, że Giorgio gdzieś pojechał nie ma kto mi zrobić masażu... Dopiero teraz czuję, że Matilde piórkiem nie jest albo przynajmniej ja nie mam tyle siły w rękach.
A dopo!
Dosłownie wbiegłam do domu, szybko coś zjadłam i ruszyłam do miasta. Najpierw spotkanie z dziewczyną, z którą sobie "rozmawiamy" po angielsku. Umówiłyśmy się pod MCdonaldem koło wejścia do metra Loreto. Problem w tym, że są takie dwa. Ja byłam w jednym ona w drugim a między nami ulewa. Okazało się, że to ja znam lepiej te rejony, więc poszłam w jej kierunku. Po 20 minutach moknięcia i niemożności dogadania się co do miejsca wreszcie udało nam się usiąść i podyskutować.
Po godzinie ruszyłam po Matilde do przedszkola. Jej mama napisała mi, żebym zabrała ją do parku obok szkoły a ona do nas dojedzie. Dalej padało ale już nieco lżej. Poszłyśmy więc do parku. Szła z pomarańczową, popsutą parasolką, którą wzięłam z domu przez co wyglądała jak mały, chodzący grzybek. Ja niestety nie miałam drugiej dla siebie toteż, gdy zaczęło mocniej padać wzięłam małą na ręce, żeby się nieco skryć pod jej parasolem.
W parku czekałyśmy 15 minut. Na początku wszystko było ok,bo tylko lekko pokapywało. Spacerowałyśmy sobie więc, chowałyśmy się pod zjeżdżalniami itd. Po chwili jednak zaczęło mocniej padać więc znowu wzięłam ją na ręce, żeby się za bardzo nie zmoczyła.
Nareszcie przyjechał jej mama. Razem pojechałyśmy do szkoły, w której Matilde ma chodzić na godzinne lekcjo-zabawy po angielsku. Miejsce było naprawdę stworzone dla dzieci. Bardzo kolorowe, pełne muzyki i bardzo miłych i uśmiechniętych ludzi. Matilde zniknęła na godzinę bardzo zadowolona, że może pośpiewać i potańczyć z innymi a ja zostałam porwana przez jedną z nauczycielek, której była pierwszy dzień w pracy. Była więc bardzo podniecona i tak jak ja zafascynowana tą beztroską krainą.
Teraz jestem już w domu. Całkowicie przemoczona i bardzo zmęczona. A jako, że Giorgio gdzieś pojechał nie ma kto mi zrobić masażu... Dopiero teraz czuję, że Matilde piórkiem nie jest albo przynajmniej ja nie mam tyle siły w rękach.
A dopo!
czwartek, 2 października 2014
Od poniedziałku zaczęłam pracę. Przez ten tydzień jeszcze próbnie, z Sereną zawsze gdzieś nieopodal, żeby nie wrzucać Matildy na głęboką wodę.
Nie jest łatwo. Mała jest bardzo rozpieszczona w związku z tym gdy tylko coś chce, a nie dostanie kończy się płaczem lub wrzaskiem. Wydaje mi się jednak, ze zachowuje się tak przy mamie, bo wie, ze najprawdopodobniej dopnie swego. Jeżeli jesteśmy same, jest raczej spokojnie. Bawimy się, czytamy, czasami oglądamy jakąś bajkę.
Dzisiaj po raz pierwszy mam odebrać ją sama a Serena będzie czekać przed szkołą ( jako że zwykle się spóźnia parę minut). Jestem nieco spięta, bo w głębi duszy liczę na to, że przy mnie będzie spokojna i nie zrobi sceny w stylu " nie chcę założyć tych butów".
Misja: ujarzmić potworka :)
Zaraz po pracy mam mnie odebrać Giorgio i razem z jego znajomymi ruszamy na weekend nad morze. Gdzie? Nie mam pojęcia. Chyba w rejonie Emilia-Romania. Może Rimini? Dobrze nam zrobi ostatni wakacyjny relaks.
Zaczęłam też dawać lekcje-konwersacje po angielsku. To zdecydowanie łatwiejsza praca. W tej chwili mam jedną "uczennicę", 23 letnią studentkę. Bardzo mila dziewczyna. Będziemy się widywać 2 razy w tygodniu na godzinkę tutaj w Novate. Dzisiaj dzwoniła też jakaś kobieta, która pytała o godzinę tygodniowo dla chłopca, ale na razie nic więcej nie wiem, bo kontaktowała się z tatą Giorgio.
Giorgio ma już nowy podział zajęć na uczelni. Wygląda na to, ze nie będziemy się wiele widywać bo oprócz środy, kiedy ma dzień wolny (ale ja niestety nie), będzie siedział na uczelni dziennie 10 godzin. Wychodzi na to, że mamy dla siebie noce od 20:30-07:00 i weekendy. A uwzględniając fakt, ze mysi się na prawdę sporo uczyć... ehh.
Coraz bardziej już tęsknie za rodzinką. Będę próbować się wyrwać na jakiś listopadowy weekend do Polski :)
A dopo!
Nie jest łatwo. Mała jest bardzo rozpieszczona w związku z tym gdy tylko coś chce, a nie dostanie kończy się płaczem lub wrzaskiem. Wydaje mi się jednak, ze zachowuje się tak przy mamie, bo wie, ze najprawdopodobniej dopnie swego. Jeżeli jesteśmy same, jest raczej spokojnie. Bawimy się, czytamy, czasami oglądamy jakąś bajkę.
Dzisiaj po raz pierwszy mam odebrać ją sama a Serena będzie czekać przed szkołą ( jako że zwykle się spóźnia parę minut). Jestem nieco spięta, bo w głębi duszy liczę na to, że przy mnie będzie spokojna i nie zrobi sceny w stylu " nie chcę założyć tych butów".
Misja: ujarzmić potworka :)
Zaraz po pracy mam mnie odebrać Giorgio i razem z jego znajomymi ruszamy na weekend nad morze. Gdzie? Nie mam pojęcia. Chyba w rejonie Emilia-Romania. Może Rimini? Dobrze nam zrobi ostatni wakacyjny relaks.
Zaczęłam też dawać lekcje-konwersacje po angielsku. To zdecydowanie łatwiejsza praca. W tej chwili mam jedną "uczennicę", 23 letnią studentkę. Bardzo mila dziewczyna. Będziemy się widywać 2 razy w tygodniu na godzinkę tutaj w Novate. Dzisiaj dzwoniła też jakaś kobieta, która pytała o godzinę tygodniowo dla chłopca, ale na razie nic więcej nie wiem, bo kontaktowała się z tatą Giorgio.
Giorgio ma już nowy podział zajęć na uczelni. Wygląda na to, ze nie będziemy się wiele widywać bo oprócz środy, kiedy ma dzień wolny (ale ja niestety nie), będzie siedział na uczelni dziennie 10 godzin. Wychodzi na to, że mamy dla siebie noce od 20:30-07:00 i weekendy. A uwzględniając fakt, ze mysi się na prawdę sporo uczyć... ehh.
Coraz bardziej już tęsknie za rodzinką. Będę próbować się wyrwać na jakiś listopadowy weekend do Polski :)
A dopo!
czwartek, 25 września 2014
Miałam dość długą przerwę w pisaniu a to dlatego, że praktycznie nic się nie działo związanego z pracą. Teraz nagle maszyna ruszyła.
Pracę z Matilde zaczynam w poniedziałek. W tedy też powinnam podpisać umowę. Wszystko wygląda na razie o tyle dobrze, że będę miała pokryte ubezpieczenie a więc mogę się również zameldować i założyć konto w banku.
Pracę z Matilde zaczynam w poniedziałek. W tedy też powinnam podpisać umowę. Wszystko wygląda na razie o tyle dobrze, że będę miała pokryte ubezpieczenie a więc mogę się również zameldować i założyć konto w banku.
Praca ta wydaję się dość przyjemna, bo będą to zwykle tylko 3 godziny dziennie, tuż po przedszkolu. 15 godzin tygodniowo to nie dużo ale mam szanse na otrzymanie dodatkowych 5.
Skontaktowała się ze mną również studentka, która chcę żebym raz w tygodniu przeprowadzała z nią konwersację po angielsku. Z tego co wiem także inne osoby dopytywały o taką możliwość ale jeszcze nikt się ze mną nie skontaktował.
Mam też propozycję 2 godzin tygodniowo u rodziny z 6 miesięczną córeczką. Chcą, żebym po prostu do niej mówiła po angielsku (6 miesięcy!?). Ta oferta jednak "gnije w czyśćcu" bo Giorgio przestraszył się że napisał do mnie ojciec a nie matka. Tak więc zobaczymy.
Dzisiaj natomiast napisał do mnie facet z hotelu w którym zostawiłam CV. Mogłabym przygotowywać rano śniadania dla gości. Wszystko wydaje się ok tylko zapewne oznaczałoby to tylko godzinę pracy dziennie o wczesnej porze a jako że z dojazdem na razie nie mam lekko... Tak czy siak z tym facetem zobaczę się najwcześniej za tydzień więc możliwe że oferta będzie już nieaktualna. Zapewnił mnie jednak, że gdyby tak się stało postara się znaleźć dla mnie coś innego.
Skontaktowała się ze mną również studentka, która chcę żebym raz w tygodniu przeprowadzała z nią konwersację po angielsku. Z tego co wiem także inne osoby dopytywały o taką możliwość ale jeszcze nikt się ze mną nie skontaktował.
Mam też propozycję 2 godzin tygodniowo u rodziny z 6 miesięczną córeczką. Chcą, żebym po prostu do niej mówiła po angielsku (6 miesięcy!?). Ta oferta jednak "gnije w czyśćcu" bo Giorgio przestraszył się że napisał do mnie ojciec a nie matka. Tak więc zobaczymy.
Dzisiaj natomiast napisał do mnie facet z hotelu w którym zostawiłam CV. Mogłabym przygotowywać rano śniadania dla gości. Wszystko wydaje się ok tylko zapewne oznaczałoby to tylko godzinę pracy dziennie o wczesnej porze a jako że z dojazdem na razie nie mam lekko... Tak czy siak z tym facetem zobaczę się najwcześniej za tydzień więc możliwe że oferta będzie już nieaktualna. Zapewnił mnie jednak, że gdyby tak się stało postara się znaleźć dla mnie coś innego.
Razem z Giorgio cieszymy się z ostatnich wakacyjnych dni. Może uda nam się jeszcze w następny weekend wyskoczyć nad morze.
A dopo kochani!
A dopo kochani!
wtorek, 29 lipca 2014
Długa przerwa w pisaniu. Niewiele się wydarzyło nie licząc ostatniego cudownego tygodnia spędzonego z rodziną nad polskim morzem.
28.07 poleciałam do Gdańska. Odebrał mnie tatuś i ruszyliśmy do domku dziadków w małej nadmorskiej miejscowości. Przez cały tydzień pogoda była przepiękna. Koło domku upał, na plaży cieplutko i lekki wiaterek. Jedynie woda zimna.
Nie widziałam rodziny niecałe 2 miesiące. To nie długo jeżeli nie brać pod uwagę małego Adasia. Bardzo się zmienił. Już praktycznie wszystko rozumie i łobuzuje.
Od razu mnie poznał ale pierwsze 30 minut trzymał się na dystans. Potem wszystko wróciło do normy i ciocia Ala wróciła na swoją pierwotną pozycję.
Spacerki i rozmowy z mamą, wspólne, rodzinne plażowanie, latanie z Adasiem zanurzyć stópki w morzu, wypady z Martą i Pawłem, przekomarzanie się z Filipem, najlepsze lody na świecie... Jeszcze tylko Michał i drudzy dziadkowie by się przydali! Takie wakacje to ja rozumiem! Tylko trochę mi Giorgio brakowało. Zwłaszcza w nocy- tak dziwnie było samej zasypiać...
Podczas mojej przerwy w pisaniu dostałam parę ofert pracy. Niestety albo wydały mi się one zupełnie niepoważne, albo ludzie pytali o popołudnia, które już mam zajęte.
Ale mam też dobre wiadomości: Giorgio udało się zdać matematykę oraz fizykę. Teraz przygotowuje się do ustnej aeronautyki. Wygląda na to, że wakacje zaczną nam się 1 sierpnia. Może Toskania a potem trochę morza, trochę gór. Może uda nam się zawitać znowu do Polski? Tym razem do Krakowa. Byłoby super!
A dopo!
28.07 poleciałam do Gdańska. Odebrał mnie tatuś i ruszyliśmy do domku dziadków w małej nadmorskiej miejscowości. Przez cały tydzień pogoda była przepiękna. Koło domku upał, na plaży cieplutko i lekki wiaterek. Jedynie woda zimna.
Nie widziałam rodziny niecałe 2 miesiące. To nie długo jeżeli nie brać pod uwagę małego Adasia. Bardzo się zmienił. Już praktycznie wszystko rozumie i łobuzuje.
Od razu mnie poznał ale pierwsze 30 minut trzymał się na dystans. Potem wszystko wróciło do normy i ciocia Ala wróciła na swoją pierwotną pozycję.
Spacerki i rozmowy z mamą, wspólne, rodzinne plażowanie, latanie z Adasiem zanurzyć stópki w morzu, wypady z Martą i Pawłem, przekomarzanie się z Filipem, najlepsze lody na świecie... Jeszcze tylko Michał i drudzy dziadkowie by się przydali! Takie wakacje to ja rozumiem! Tylko trochę mi Giorgio brakowało. Zwłaszcza w nocy- tak dziwnie było samej zasypiać...
Podczas mojej przerwy w pisaniu dostałam parę ofert pracy. Niestety albo wydały mi się one zupełnie niepoważne, albo ludzie pytali o popołudnia, które już mam zajęte.
Ale mam też dobre wiadomości: Giorgio udało się zdać matematykę oraz fizykę. Teraz przygotowuje się do ustnej aeronautyki. Wygląda na to, że wakacje zaczną nam się 1 sierpnia. Może Toskania a potem trochę morza, trochę gór. Może uda nam się zawitać znowu do Polski? Tym razem do Krakowa. Byłoby super!
A dopo!
poniedziałek, 14 lipca 2014
Większa część mojej rodziny jest teraz nad morzem. Jak tam musi być wesoło! Adaś grzebiący w piasku, Agri szalejąca w morzu, wieczorne spacery z rodzicami, wyprawy na plażę... Tak bardzo chciałabym być z nimi. :(
Poof! Taka mnie tęsknota naszła, ze właśnie kupiłam bilet. Lecę w przyszłym tygodniu! Smutno mi tylko, że Giorgio nie poleci ze mną. Tak bardzo chciał...
My teraz mamy ciężki okres egzaminów. Gio coraz szybciej się poddaje i coraz mniej wierzy w swoje siły. Staram się jak mogę, żeby mu pomóc i go zmotywować ale nie wiem czy to da jakieś efekty. Najbliższy egzamin już jutro (trzymajcie kciuki). Fizyka. Obszerny, całoroczny materiał dla mnie kompletnie niezrozumiały. Giorgio spędza zamknięty w pokoju obok całe dnie. Co jakiś czas przylatuje do mnie i mocno mnie ściska mówiąc "Ale jestem dobry! Umiem zrobić wszystkie zadania!" a czasami wraca do pokoju ze zwieszoną głową, rzuca się na łóżko i odpoczywa 10 minut. Regeneruje siły.
Jeżeli akurat uczy się teorii zdarza mi się go przepytywać (po włosku oczywiście). Na ogół jednak po prostu schodzę mu z drogi, żeby nie rozpraszać.
Weekendy zwykle spędzamy sami. To jest mój czas na wykazanie się w kuchni. Zwykle w domu nie ma nic, oprócz makaronu, co nadawałoby się na obiad a tu sklepy zamykane są od 12-15 więc kombinuję coś z niczego. Nie jest źle.
Po raz kolejny rozsyłam CV. Niestety jak na razie dostaję jedynie propozycje, które całkowicie mi nie grają. (Od 24-04 w nocy za 35 euro, bo mama dziecka musi się "spotkać ze znajomymi"? hmm nie, nie, nie) No cóż. Zobaczymy, może znajdę coś sensownego.
A dopo!
Poof! Taka mnie tęsknota naszła, ze właśnie kupiłam bilet. Lecę w przyszłym tygodniu! Smutno mi tylko, że Giorgio nie poleci ze mną. Tak bardzo chciał...
My teraz mamy ciężki okres egzaminów. Gio coraz szybciej się poddaje i coraz mniej wierzy w swoje siły. Staram się jak mogę, żeby mu pomóc i go zmotywować ale nie wiem czy to da jakieś efekty. Najbliższy egzamin już jutro (trzymajcie kciuki). Fizyka. Obszerny, całoroczny materiał dla mnie kompletnie niezrozumiały. Giorgio spędza zamknięty w pokoju obok całe dnie. Co jakiś czas przylatuje do mnie i mocno mnie ściska mówiąc "Ale jestem dobry! Umiem zrobić wszystkie zadania!" a czasami wraca do pokoju ze zwieszoną głową, rzuca się na łóżko i odpoczywa 10 minut. Regeneruje siły.
Jeżeli akurat uczy się teorii zdarza mi się go przepytywać (po włosku oczywiście). Na ogół jednak po prostu schodzę mu z drogi, żeby nie rozpraszać.
Weekendy zwykle spędzamy sami. To jest mój czas na wykazanie się w kuchni. Zwykle w domu nie ma nic, oprócz makaronu, co nadawałoby się na obiad a tu sklepy zamykane są od 12-15 więc kombinuję coś z niczego. Nie jest źle.
Po raz kolejny rozsyłam CV. Niestety jak na razie dostaję jedynie propozycje, które całkowicie mi nie grają. (Od 24-04 w nocy za 35 euro, bo mama dziecka musi się "spotkać ze znajomymi"? hmm nie, nie, nie) No cóż. Zobaczymy, może znajdę coś sensownego.
A dopo!
piątek, 4 lipca 2014
papiery
W sprawie zameldowania: Maurizio wystosował e-mail do Comune, do którego załączył parę aktów prawnych zaprzeczających konieczności posiadania konta bankowego w przypadku ubiegania się o dowód osobisty.
Uff! Sprawa więc wygląd tak: jeżeli uda mi się przylecieć przez najbliższe 2 miesiące do Polski (a sądzę, że tak) czas mojego pobytu we Włoszech będzie liczony na nowo (tzn. będę miała kolejne 3 miesiące na zameldowanie). Do tego czasu powinnam dogadać się z Sereną w sprawie umowy. Najprawdopodobniej moje roczne zarobki będą wystarczające do otrzymania ubezpieczenia zdrowotnego i całkiem możliwe, że na tyle niskie, iż nie będę musiała płacić podatku. W tym wypadku więc sprawa jest banalnie prosta i nie muszę się martwić. Jeżeli jednak z jakieś przyczyny nie podpiszemy umowy będę musiała złożyć deklarację posiadania wystarczającej ilości pieniędzy na przeżycie roku we Włoszech (ponad 5500 euro). Moje pytanie jest jedno: jak oni mogą to sprawdzić? Policjant przyjdzie do mnie i przeliczy pieniądze w śwince skarbonce? Jaką będzie miał pewność czy są moje albo, że faktycznie wystarczą mi na rok a nie wydam ich pierwszego dnia? Odpowiedź też jest jedna: nikt się nawet nie pofatyguje tego przeczytać a co dopiero sprawdzić. Liczy się tylko papier. Ehh...
Dzisiaj rano pojechałam do przyjaciółki rodziny, Raffaelli pomóc jej przy dzieciach. 7 miesięczna Susanna nie sprawiała większych problemów. Dziecko anioł- bez smoczka, w wózku przez 2 godziny po prostu patrząc bystro na świat. Barbara niby też słodka i nieszkodliwa jednak tylko dopóki wszystko w pobliżu jest jej. Gdy Raffa chciała uśpić Susanne w wózku Barbary.... co za krzyk, co za lament! Mniejsza płakała bo była padnięta a większa bo "to mój wózek!!!". W końcu ja poszłam polulać Susi a Raffie zostawiłam dogadanie się z krzykaczem.
Po dzisiejszym dniu stwierdzam, że opieka nad 7 miesięcznym dzieckiem jest łatwiejsza i przyjemniejsza niż nad 3 letnim!
Jakoś tak dzisiaj wyjątkowo mocno tęsknie za domem, rodzinom... Dobrze mi tu ale chciałabym jak najszybciej znowu zobaczyć te wszystkie kochane buźki (w lepszej jakości niż na Skypie...)!
A dopo!
Uff! Sprawa więc wygląd tak: jeżeli uda mi się przylecieć przez najbliższe 2 miesiące do Polski (a sądzę, że tak) czas mojego pobytu we Włoszech będzie liczony na nowo (tzn. będę miała kolejne 3 miesiące na zameldowanie). Do tego czasu powinnam dogadać się z Sereną w sprawie umowy. Najprawdopodobniej moje roczne zarobki będą wystarczające do otrzymania ubezpieczenia zdrowotnego i całkiem możliwe, że na tyle niskie, iż nie będę musiała płacić podatku. W tym wypadku więc sprawa jest banalnie prosta i nie muszę się martwić. Jeżeli jednak z jakieś przyczyny nie podpiszemy umowy będę musiała złożyć deklarację posiadania wystarczającej ilości pieniędzy na przeżycie roku we Włoszech (ponad 5500 euro). Moje pytanie jest jedno: jak oni mogą to sprawdzić? Policjant przyjdzie do mnie i przeliczy pieniądze w śwince skarbonce? Jaką będzie miał pewność czy są moje albo, że faktycznie wystarczą mi na rok a nie wydam ich pierwszego dnia? Odpowiedź też jest jedna: nikt się nawet nie pofatyguje tego przeczytać a co dopiero sprawdzić. Liczy się tylko papier. Ehh...
Dzisiaj rano pojechałam do przyjaciółki rodziny, Raffaelli pomóc jej przy dzieciach. 7 miesięczna Susanna nie sprawiała większych problemów. Dziecko anioł- bez smoczka, w wózku przez 2 godziny po prostu patrząc bystro na świat. Barbara niby też słodka i nieszkodliwa jednak tylko dopóki wszystko w pobliżu jest jej. Gdy Raffa chciała uśpić Susanne w wózku Barbary.... co za krzyk, co za lament! Mniejsza płakała bo była padnięta a większa bo "to mój wózek!!!". W końcu ja poszłam polulać Susi a Raffie zostawiłam dogadanie się z krzykaczem.
Po dzisiejszym dniu stwierdzam, że opieka nad 7 miesięcznym dzieckiem jest łatwiejsza i przyjemniejsza niż nad 3 letnim!
Jakoś tak dzisiaj wyjątkowo mocno tęsknie za domem, rodzinom... Dobrze mi tu ale chciałabym jak najszybciej znowu zobaczyć te wszystkie kochane buźki (w lepszej jakości niż na Skypie...)!
A dopo!
wtorek, 1 lipca 2014
"wypłata"
Moje spotkania z Matilde są zwykle bardzo podobne. Jako, że jestem tam tylko na 1.5 godziny a ona dopiero co wraca z przedszkola- koniecznie trzeba oglądać bajki. Moja praca jest więc banalnie łatwa. Siedzę z nią na kanapie, oglądamy bajki po angielsku a ja w trakcie do niej gadam opisując dodatkowo co się dzieje. Gdy ją coś bardzo zainteresuje powtarza dane słówko czy frazę. Często jednak zupełnie nie ma to sensu więc ją poprawiam. Ostatnio, gdy oglądałyśmy "3 male świnki" zapytała mnie co to znaczy "bi-ba-bu". Bi ba bu?! "Big bad woolf, Mati?" Si!
Wczoraj spieszyłam się, żeby wyjść nieco wcześniej, bo rodzice Gio czekali na mnie ze "świątecznym obiadem", z okazji zdania matury :) Mati już też pod koniec była zmęczona kreskówkami i chyba głodna a więc przyklejona do mamy. Szybko więc się z nią pożegnałam. Jej mama zatrzymała mnie w drzwiach, wręczyła kopertę mówiąc, że to za dni tu spędzone i że to nie dużo pieniędzy ale jak na początek... Podziękowałam i wyszłam. Za drzwiami otworzyłam kopertę. Znalazłam w niej 100 euro. Ścięło mnie. Wiedziałam, że chce mi zapłacić ale myślałam, że symbolicznie, może zwrócić pieniądze za dojazd i tyle.
Byłam tam 4 razy po 1.5 godziny. Wyszłoby więc ponad 16 euro za godzinę. Biorąc pod uwagę, że za pierwszym razem w ogóle się z małą nie bawiłam, tylko rozmawiałam z jej mamą- ponad 20 euro. Ewidentnie widać, że są zamożnymi ludźmi i zależy im na mnie ale nie wierzę, żeby chcieli mi tyle płacić! Teraz pytanie: czy te pieniądze stanowią tylko zachętę, czy może zapłaciła mi też za przyszłe spotkania (nie mam pojęcia jak często chce mnie jeszcze widzieć)?
Tak czy siak, widzimy się jeszcze raz w tym tygodniu. Mamy porozmawiać odnośnie umowy i jak to wszystko rozwiązać. Najprawdopodobniej więc wszystkiego dowiem się już wkrótce.
A dopo!
Wczoraj spieszyłam się, żeby wyjść nieco wcześniej, bo rodzice Gio czekali na mnie ze "świątecznym obiadem", z okazji zdania matury :) Mati już też pod koniec była zmęczona kreskówkami i chyba głodna a więc przyklejona do mamy. Szybko więc się z nią pożegnałam. Jej mama zatrzymała mnie w drzwiach, wręczyła kopertę mówiąc, że to za dni tu spędzone i że to nie dużo pieniędzy ale jak na początek... Podziękowałam i wyszłam. Za drzwiami otworzyłam kopertę. Znalazłam w niej 100 euro. Ścięło mnie. Wiedziałam, że chce mi zapłacić ale myślałam, że symbolicznie, może zwrócić pieniądze za dojazd i tyle.
Byłam tam 4 razy po 1.5 godziny. Wyszłoby więc ponad 16 euro za godzinę. Biorąc pod uwagę, że za pierwszym razem w ogóle się z małą nie bawiłam, tylko rozmawiałam z jej mamą- ponad 20 euro. Ewidentnie widać, że są zamożnymi ludźmi i zależy im na mnie ale nie wierzę, żeby chcieli mi tyle płacić! Teraz pytanie: czy te pieniądze stanowią tylko zachętę, czy może zapłaciła mi też za przyszłe spotkania (nie mam pojęcia jak często chce mnie jeszcze widzieć)?
Tak czy siak, widzimy się jeszcze raz w tym tygodniu. Mamy porozmawiać odnośnie umowy i jak to wszystko rozwiązać. Najprawdopodobniej więc wszystkiego dowiem się już wkrótce.
A dopo!
środa, 25 czerwca 2014
tydzień
Maurizio poszedł do Comune Novate Milanese, zasięgnąć języka w sprawie mojego dowodu osobistego i spraw pobytowych. Jak mi to później opisał: kobieta, którą o to zapytał zrobiła wielkie oczy i powiedziała, że od bardzo dawna żaden cudzoziemiec nie starał się u nich o zameldowanie. Prawdopodobnie wpadła w taki popłoch, że latała od pokoju do pokoju pytając, czy ktoś coś wie. Skończyło się na tym, że przyjechała przełożona, która... też wybałuszyła oczy. Była jedynie w stanie powiedzieć, że za tydzień wróci z urlopu osoba, która odpowiada za tego typu sprawy. Teraz najlepiej więc zająć się szukaniem ubezpieczenia.
Trochę się przestraszyłam, bo byłam przekonana, że ubezpieczenie tu będzie bardzo drogie. Nie jestem bowiem pewna kiedy i czy znajdę odpowiednią pracę. Sprawdziliśmy i okazuje się, że u prywatnego ubezpieczyciela koszt takiej "zabawy" zaczyna się od ok 140 euro/rok. To jest więc jakieś rozwiązanie.
Na weekend pojechaliśmy nad morze do dziadków Giorgio. Pogoda była idealna jak na dom bez klimatyzacji. W południe: niebo usłane chmurami a słońce przebijające się tylko od czasu do czasu. Wieczorkiem- słonecznie, więc idealnie, żeby pójść na plażę.
Gio do południa się uczył, ja oglądałam serial po włosku i czytałam książkę na balkonie. Po lunchu poszliśmy do ogrodu postrzelać z łuku. Potem Giorgio wrócił do książek a ja poszłam z jego babcią na spacer. Po drodze opowiadała mi o roślinach i okolicznych ziołach (oczywiście po włosku, więc byłam z siebie bardzo zadowolona, że wszystko rozumiałam). Pytała, czy takie kwiaty rosną w Polsce i jaka teraz jest tam pogoda? Było bardzo miło.
W niedzielę wieczorem pojechaliśmy zjeść obiad na skałkach przy plaży a potem ruszyliśmy do domu.
W poniedziałek po południu pojechałam do domu Sereny, żeby "poznać się z Matilde (córeczką) i zobaczyć czy odpowiada nam współpraca". Mała jest bardzo słodka choć rozpuszczona jak dziadowski bicz.
Matilde znalazła pudełeczko w którym było chyba milion gumek recepturek, które oczywiście natychmiast wysypała na łóżko. Hmm co by tu z nią zrobić, żeby nie zepsuła wszystkich tych gumek? Rzut okiem na otaczające mnie rzeczy. Jest! Znalazłam gumową kaczuszkę. Przez około godzinę Mała wkładała odpowiednio dobrane kolorystycznie recepturki na szyję kaczki (która, w jej mniemaniu była Cindirellą wybierającą się na bal u księcia). Gdy nareszcie skończyła poszła pokazać swoje dzieło mamie. Wracając jednak zdała sobie sprawę, że kaczki lubią pływać. Ściągnęła więc wszystkie recepturki, nalała wody do bidetu i starannie myła wszystkie kaczuchy (było ich 5). Patrzyłam na Serenę, czy nic nie mówi, nie ma nic przeciwko ale widocznie tej małej na wiele się pozwala...
Po 10 minutach takiej zabawy byłam cała mokra nie wspominając już o łazience. Tu więc nadeszła pora na kolejną zabawę- trzeba wszystko wypucować. Koniec końców wszystko wróciło do normy. Mała była szczęśliwa, rodzice chyba też a ja pobiegłam złapać metro.
Dzisiaj znowu tam pojadę. Zobaczymy co tym razem wymyśli.
Wtorek: latałyśmy z Florą po różnych miejscach w Novate rozwieszając ogłoszenia "Babysitter in English". 2 przedszkola, żłobek, szkoła muzyczna, szkoła języków obcych, piekarnia, sklep. Może ktoś się skusi?
A dopo!
Trochę się przestraszyłam, bo byłam przekonana, że ubezpieczenie tu będzie bardzo drogie. Nie jestem bowiem pewna kiedy i czy znajdę odpowiednią pracę. Sprawdziliśmy i okazuje się, że u prywatnego ubezpieczyciela koszt takiej "zabawy" zaczyna się od ok 140 euro/rok. To jest więc jakieś rozwiązanie.
Na weekend pojechaliśmy nad morze do dziadków Giorgio. Pogoda była idealna jak na dom bez klimatyzacji. W południe: niebo usłane chmurami a słońce przebijające się tylko od czasu do czasu. Wieczorkiem- słonecznie, więc idealnie, żeby pójść na plażę.
Gio do południa się uczył, ja oglądałam serial po włosku i czytałam książkę na balkonie. Po lunchu poszliśmy do ogrodu postrzelać z łuku. Potem Giorgio wrócił do książek a ja poszłam z jego babcią na spacer. Po drodze opowiadała mi o roślinach i okolicznych ziołach (oczywiście po włosku, więc byłam z siebie bardzo zadowolona, że wszystko rozumiałam). Pytała, czy takie kwiaty rosną w Polsce i jaka teraz jest tam pogoda? Było bardzo miło.
W niedzielę wieczorem pojechaliśmy zjeść obiad na skałkach przy plaży a potem ruszyliśmy do domu.
W poniedziałek po południu pojechałam do domu Sereny, żeby "poznać się z Matilde (córeczką) i zobaczyć czy odpowiada nam współpraca". Mała jest bardzo słodka choć rozpuszczona jak dziadowski bicz.
Matilde znalazła pudełeczko w którym było chyba milion gumek recepturek, które oczywiście natychmiast wysypała na łóżko. Hmm co by tu z nią zrobić, żeby nie zepsuła wszystkich tych gumek? Rzut okiem na otaczające mnie rzeczy. Jest! Znalazłam gumową kaczuszkę. Przez około godzinę Mała wkładała odpowiednio dobrane kolorystycznie recepturki na szyję kaczki (która, w jej mniemaniu była Cindirellą wybierającą się na bal u księcia). Gdy nareszcie skończyła poszła pokazać swoje dzieło mamie. Wracając jednak zdała sobie sprawę, że kaczki lubią pływać. Ściągnęła więc wszystkie recepturki, nalała wody do bidetu i starannie myła wszystkie kaczuchy (było ich 5). Patrzyłam na Serenę, czy nic nie mówi, nie ma nic przeciwko ale widocznie tej małej na wiele się pozwala...
Po 10 minutach takiej zabawy byłam cała mokra nie wspominając już o łazience. Tu więc nadeszła pora na kolejną zabawę- trzeba wszystko wypucować. Koniec końców wszystko wróciło do normy. Mała była szczęśliwa, rodzice chyba też a ja pobiegłam złapać metro.
Dzisiaj znowu tam pojadę. Zobaczymy co tym razem wymyśli.
Wtorek: latałyśmy z Florą po różnych miejscach w Novate rozwieszając ogłoszenia "Babysitter in English". 2 przedszkola, żłobek, szkoła muzyczna, szkoła języków obcych, piekarnia, sklep. Może ktoś się skusi?
A dopo!
czwartek, 19 czerwca 2014
męczący dzień
Koło 11 pojechałam z Maurizio do ING direct założyć konto. Było sporo ludzi, więc czekaliśmy ponad 30 minut. Gdy wreszcie przyszła na nas kolej okazało się, że polski dowód nie wystarczy i muszę wyrobić włoski. Oczywiście w urzędach mają obowiązek przyjąć polski dokument. W bankach jest teoretycznie inaczej. Mogłabym bawić się w składanie skarg i na pewno zostałoby to uznane, ale wyrobienie takiego dowodu kosztuje 5 euro, więc nie dajmy się zwariować.
To więc kolejna rzecz, którą dodałam do mojej listy "rzeczy do zrobienia".
Po tak "owocnie" spędzonym czasie pojechałam z Giorgio i jego znajomymi z uczelni na sushi. Bardzo dobrze się bawiłam. Gdy skończyliśmy jeść byliśmy tak pełni, że stwierdziliśmy- trochę ruchu by się przydało. Ruszyliśmy więc na plac Duomo po drodze wchodząc do różnych sklepów.
Zostały mi już tylko 3 godziny do spotkania z kobietą, która chciałaby, żebym zajęła się jej dzieckiem. stwierdziliśmy więc, że bez sensu, bym wracała do domu. Gio wrócił sam a ja zostałam jeszcze chwilę z jego znajomymi a potem ruszyłam na stację metra. Udało mi się przejechać może 2 stacje, gdy nagle wysiadła klimatyzacja a po chwili zgasło też światło. Na najbliższej stacji wszyscy wysiedliśmy i czekaliśmy co dalej. Komunikat po włosku- nie do zrozumienia, ale po zbiorowym "Ooooh!" pasażerów dało się wywnioskować, że to nic dobrego. Stałam tak dobrą chwilę i zastanawiałam się co teraz, kiedy podszedł do mnie chłopak i zapytał czy mówię po angielsku. Oczywiście chciał się dowiedzieć co się dzieję, ale trafił na niewłaściwą osobę. Mimo to bardzo miło nam się rozmawiało. Metro ruszyło po niecałych 5 minutach. Chłopak wysiadał na tym samym przystanku więc pomógł mi znaleźć odpowiednią ulicę. Tam się rozstaliśmy.
Nieopodal domu, w którym miałam spotkać się z Sereną i jej rodziną, znalazłam park. Tam też na nią czekałam obserwując starsze osoby plotkujące lub śpiące nieopodal i bardzo hałaśliwe dzieci na huśtawkach.
Serena ma bardzo ładne, zadbane i nowoczesne mieszkanie oraz wspaniałą rodzinę. Razem wyglądali trochę jak z filmu. Jej córeczka jest bardzo ładna i słodka. Wydaje mi się, że może być trochę rozpieszczona, ale zobaczymy. Rozmawiałyśmy około godziny. Czemu tu przyjechałam, co zamierzam robić, gdzie mieszkam itd. Niestety okropnie bolała mnie głowa. Czułam, że choć bardzo chcę, nie jestem w stanie żywo odpowiadać na wszystkie pytania i ciągle się uśmiechać. Mimo to dowiedziałam się że: Serena chciałaby, żebym zajęła się małą popołudniami zaczynając od sierpnia! Dobrze byłoby się jednak wcześniej poznać i zobaczyć, czy nam odpowiada taka współpraca, więc najprawdopodobniej spotkamy się parę razy w przyszłym tygodniu. Sprawa jest więc otwarta.
Teraz lecę na kolejne spotkanie tym razem z przyjaciółką rodziny, która wprowadzi mnie w tajniki "babysitterstwa" :D
A dopo!
To więc kolejna rzecz, którą dodałam do mojej listy "rzeczy do zrobienia".
Po tak "owocnie" spędzonym czasie pojechałam z Giorgio i jego znajomymi z uczelni na sushi. Bardzo dobrze się bawiłam. Gdy skończyliśmy jeść byliśmy tak pełni, że stwierdziliśmy- trochę ruchu by się przydało. Ruszyliśmy więc na plac Duomo po drodze wchodząc do różnych sklepów.
Zostały mi już tylko 3 godziny do spotkania z kobietą, która chciałaby, żebym zajęła się jej dzieckiem. stwierdziliśmy więc, że bez sensu, bym wracała do domu. Gio wrócił sam a ja zostałam jeszcze chwilę z jego znajomymi a potem ruszyłam na stację metra. Udało mi się przejechać może 2 stacje, gdy nagle wysiadła klimatyzacja a po chwili zgasło też światło. Na najbliższej stacji wszyscy wysiedliśmy i czekaliśmy co dalej. Komunikat po włosku- nie do zrozumienia, ale po zbiorowym "Ooooh!" pasażerów dało się wywnioskować, że to nic dobrego. Stałam tak dobrą chwilę i zastanawiałam się co teraz, kiedy podszedł do mnie chłopak i zapytał czy mówię po angielsku. Oczywiście chciał się dowiedzieć co się dzieję, ale trafił na niewłaściwą osobę. Mimo to bardzo miło nam się rozmawiało. Metro ruszyło po niecałych 5 minutach. Chłopak wysiadał na tym samym przystanku więc pomógł mi znaleźć odpowiednią ulicę. Tam się rozstaliśmy.
Nieopodal domu, w którym miałam spotkać się z Sereną i jej rodziną, znalazłam park. Tam też na nią czekałam obserwując starsze osoby plotkujące lub śpiące nieopodal i bardzo hałaśliwe dzieci na huśtawkach.
Serena ma bardzo ładne, zadbane i nowoczesne mieszkanie oraz wspaniałą rodzinę. Razem wyglądali trochę jak z filmu. Jej córeczka jest bardzo ładna i słodka. Wydaje mi się, że może być trochę rozpieszczona, ale zobaczymy. Rozmawiałyśmy około godziny. Czemu tu przyjechałam, co zamierzam robić, gdzie mieszkam itd. Niestety okropnie bolała mnie głowa. Czułam, że choć bardzo chcę, nie jestem w stanie żywo odpowiadać na wszystkie pytania i ciągle się uśmiechać. Mimo to dowiedziałam się że: Serena chciałaby, żebym zajęła się małą popołudniami zaczynając od sierpnia! Dobrze byłoby się jednak wcześniej poznać i zobaczyć, czy nam odpowiada taka współpraca, więc najprawdopodobniej spotkamy się parę razy w przyszłym tygodniu. Sprawa jest więc otwarta.
Teraz lecę na kolejne spotkanie tym razem z przyjaciółką rodziny, która wprowadzi mnie w tajniki "babysitterstwa" :D
A dopo!
piątek, 13 czerwca 2014
drugie zderzenie
To było żałosne, śmieszne i smutne zarazem! Dosłownie parę minut temu wróciłam z Informa Giovani...
Specjalnie dzisiaj wstałam wcześniej. Zjadłam szybkie śniadanie, umyłam się i pełna nadziei ruszyłam do punktu informacyjnego dla młodych. Pierwsze wrażenie: całkiem miło, pusto ale atmosfera wydaje się być przyjazna. Za biurkiem siedziała kobieta ok 35 lat i mężczyzna po 40. Oczywiście pierwsze o co zapytałam to czy mówią po angielsku. Oboje zmierzyli mnie wzrokiem, popatrzyli na siebie i mężczyzna odpowiedział mi "a little". Uff chociaż tyle.
Zapytałam go więc, czy mają może jakieś oferty pracy w języku angielskim. Mężczyzna westchnął, podszedł do stoliczka, otworzył segregator i dalej wzdychając przewracał kartki. Kartek było może 10, nie zajęło mu to więc zbyt dużo czasu. "No niestety nic nie mamy". Spodziewałam sie tego.
No dobra, skoro nie praca, to może mógłby mi pan udzielić informacji co powinnam zrobić? Wyrobiłam już Codice fiscale, wiem, że po maksymalnie 3 miesiącach powinnam się zameldować. Czy jest coś jeszcze, co powinnam załatwić? [seria westchnięć ze strony, bądź co bądź, dosyć miłego pana] "mmm... możemy tu pani pomóc w tak wielu dziedzinach, ale akurat tych informacji nie posiadamy". Zatkało mnie. Uśmiechnęłam się bardzo szeroko, podziękowałam i wyszłam.
Potrzebny komentarz??? Może tak: Hmm... wydawało mi się, że w Infroma Giovani można znaleźć jakieś informacje. Rozumiem, że mogli akurat nie mieć ofert pracy, ale informacje dla obcokrajowców o pobycie mieć powinni!
A teraz trochę bardziej rozrywkowo:
Wczoraj wieczorem pojechaliśmy świętować urodziny babci Giorgio w czymś w rodzaju "klubu starszych panów". Poszliśmy po prostu na dancing. Jak powiedziałam Gio, to było:
1) śmieszne- patrzenie na te wszystkie wywijające na parkiecie pary do koszmarnej muzyki. Pomijając wygląd pań, które często były ubrane w bardzo skąpe sukienki.
2) smutne- bo panowie (w naszej opinii: hunters), krążyli cały czas między stolikami, szukając jakieś partnerki do tańca. Niestety, chyba ciężko było im jakąś znaleźć. Większość pań bowiem przyszła ze swoimi mężami. Huntersi krążyli więc tak bez końca powoli tracąc nadzieję.
3) optymistyczne- po pierwsze patrzenie na rodziców i dziadków Giorgio, którzy tańczyli co jakiś czas gdzieś tam przytuleni. Aż mi się łezka w oku zakręciła, gdy patrząc na Florę i Maurizio przypomniałam sobie, że dawno temu weszłam do salonu a w nim moi rodzice tańczyli przytuleni do kawałka "If you leave me now" Ive Mendes. Bardzo wzruszający widok...
Po drugie wszystkie te pary, pomimo tego, że średnia wieku była około 60 lat, naprawdę świetnie się bawiły i bardzo dobrze tańczyły.
Taki wstyd kiedy ja i Giorgio wyszliśmy na parkiet... Nigdy razem nie tańczyliśmy w taki sposób i okazało się, że zupełnie nam to nie wychodzi. Może moja wina, bo jak tylko on się ruszał: ja wybuchałam śmiechem. Biedny... Ale nie dało się nie śmiać, uwierzcie mi. Albo musimy popracować nad naszym "tańcem", albo tańczyć osobno.
I ostania rzecz. Ciocia Gio powiedziała mi wczoraj, że pracuje w żłobku (dzieci od 3 miesiąca życia) i że gdyby wiedziała, że szukam pracy jako opiekunka do dziecka to już by mi dawno ludzi podesłała. Ponoć sporo mam przychodzi tam pytać o nianie po angielsku! Jak tylko będzie coś wiedzieć to mnie zarekomenduje albo podeśle mi jakiś rodziców. Super! :)
A dopo!
Specjalnie dzisiaj wstałam wcześniej. Zjadłam szybkie śniadanie, umyłam się i pełna nadziei ruszyłam do punktu informacyjnego dla młodych. Pierwsze wrażenie: całkiem miło, pusto ale atmosfera wydaje się być przyjazna. Za biurkiem siedziała kobieta ok 35 lat i mężczyzna po 40. Oczywiście pierwsze o co zapytałam to czy mówią po angielsku. Oboje zmierzyli mnie wzrokiem, popatrzyli na siebie i mężczyzna odpowiedział mi "a little". Uff chociaż tyle.
Zapytałam go więc, czy mają może jakieś oferty pracy w języku angielskim. Mężczyzna westchnął, podszedł do stoliczka, otworzył segregator i dalej wzdychając przewracał kartki. Kartek było może 10, nie zajęło mu to więc zbyt dużo czasu. "No niestety nic nie mamy". Spodziewałam sie tego.
No dobra, skoro nie praca, to może mógłby mi pan udzielić informacji co powinnam zrobić? Wyrobiłam już Codice fiscale, wiem, że po maksymalnie 3 miesiącach powinnam się zameldować. Czy jest coś jeszcze, co powinnam załatwić? [seria westchnięć ze strony, bądź co bądź, dosyć miłego pana] "mmm... możemy tu pani pomóc w tak wielu dziedzinach, ale akurat tych informacji nie posiadamy". Zatkało mnie. Uśmiechnęłam się bardzo szeroko, podziękowałam i wyszłam.
Potrzebny komentarz??? Może tak: Hmm... wydawało mi się, że w Infroma Giovani można znaleźć jakieś informacje. Rozumiem, że mogli akurat nie mieć ofert pracy, ale informacje dla obcokrajowców o pobycie mieć powinni!
A teraz trochę bardziej rozrywkowo:
Wczoraj wieczorem pojechaliśmy świętować urodziny babci Giorgio w czymś w rodzaju "klubu starszych panów". Poszliśmy po prostu na dancing. Jak powiedziałam Gio, to było:
1) śmieszne- patrzenie na te wszystkie wywijające na parkiecie pary do koszmarnej muzyki. Pomijając wygląd pań, które często były ubrane w bardzo skąpe sukienki.
2) smutne- bo panowie (w naszej opinii: hunters), krążyli cały czas między stolikami, szukając jakieś partnerki do tańca. Niestety, chyba ciężko było im jakąś znaleźć. Większość pań bowiem przyszła ze swoimi mężami. Huntersi krążyli więc tak bez końca powoli tracąc nadzieję.
3) optymistyczne- po pierwsze patrzenie na rodziców i dziadków Giorgio, którzy tańczyli co jakiś czas gdzieś tam przytuleni. Aż mi się łezka w oku zakręciła, gdy patrząc na Florę i Maurizio przypomniałam sobie, że dawno temu weszłam do salonu a w nim moi rodzice tańczyli przytuleni do kawałka "If you leave me now" Ive Mendes. Bardzo wzruszający widok...
Po drugie wszystkie te pary, pomimo tego, że średnia wieku była około 60 lat, naprawdę świetnie się bawiły i bardzo dobrze tańczyły.
Taki wstyd kiedy ja i Giorgio wyszliśmy na parkiet... Nigdy razem nie tańczyliśmy w taki sposób i okazało się, że zupełnie nam to nie wychodzi. Może moja wina, bo jak tylko on się ruszał: ja wybuchałam śmiechem. Biedny... Ale nie dało się nie śmiać, uwierzcie mi. Albo musimy popracować nad naszym "tańcem", albo tańczyć osobno.
I ostania rzecz. Ciocia Gio powiedziała mi wczoraj, że pracuje w żłobku (dzieci od 3 miesiąca życia) i że gdyby wiedziała, że szukam pracy jako opiekunka do dziecka to już by mi dawno ludzi podesłała. Ponoć sporo mam przychodzi tam pytać o nianie po angielsku! Jak tylko będzie coś wiedzieć to mnie zarekomenduje albo podeśle mi jakiś rodziców. Super! :)
A dopo!
czwartek, 12 czerwca 2014
poszukiwania
Upał w dalszym ciągu daje nam wszystkim w kość. Dzisiaj wyszłam na zewnątrz około 13 tylko na parę minut pomóc Florze posegregować śmieci. Wróciłam cała zgrzana. Aż mi się w głowie kręciło!
W ciągu dnia chętnie wyszłabym na spacer, do parku czy poszła do sklepu ale się nie da! Trzeba czekać aż zajdzie słońce. Włochy...
Wczoraj zaczęłam wyszukiwać oferty pracy i wysyłać CV. Na początku skrupulatnie wybierając co lepsze, potem już jak leciało, wszystko co w miarę odpowiadało moim wymogom. Niestety nie byłam zbyt dobrej myśli.
Dzisiaj, po powrocie z pracy Flora powiedziała mi, że zadzwoniła do swojej przyjaciółki (udało mi się ją poznać w zeszły weekend), która opiekuje się dziećmi w Mediolanie. Rafaella, bo tak ma na imię, zaproponowała, że mogę przyjść pomóc jej z dziećmi. Coś w rodzaju bezpłatnej praktyki. Najczęściej odbiera ona dzieci ze szkoły/przedszkola i bawi się z nimi w parku. Wydaje mi się, ze to całkiem dobry pomysł. Po pierwsze- zobaczyłabym jak to wygląda, po drugie inne mamy w parku mogłyby mnie zobaczyć i może akurat bym się im spodobała albo została polecona, po trzecie całkiem możliwe, że Rafaella będzie zmuszona zostawić parę dzieciaków więc może byłaby to możliwość do przejęcia ich. Zobaczymy.
Dosłownie parę minut temu dostałam też odpowiedź na mój list od jednej z mam. Kobieta mieszka dość blisko nas, na wschodzie Mediolanu i ma 3 letnią córeczkę. Dziewczynka chodzi do przedszkola, więc potrzebuje jedynie kogoś, kto mógłby ją odebrać i przez ok 3 godziny pobawić się z nią w parku, gdy pogoda na to pozwala, lub w domu. W przyszłym tygodniu mamy się spotkać i porozmawiać. Myślę, że to całkiem dobry początek. Oczywiście 3 godziny pracy dziennie to prawie żadna praca, ale dobre i to. Poczekamy zobaczymy. Oby ktoś jeszcze mi odpisał :)
A dopo!
W ciągu dnia chętnie wyszłabym na spacer, do parku czy poszła do sklepu ale się nie da! Trzeba czekać aż zajdzie słońce. Włochy...
Wczoraj zaczęłam wyszukiwać oferty pracy i wysyłać CV. Na początku skrupulatnie wybierając co lepsze, potem już jak leciało, wszystko co w miarę odpowiadało moim wymogom. Niestety nie byłam zbyt dobrej myśli.
Dzisiaj, po powrocie z pracy Flora powiedziała mi, że zadzwoniła do swojej przyjaciółki (udało mi się ją poznać w zeszły weekend), która opiekuje się dziećmi w Mediolanie. Rafaella, bo tak ma na imię, zaproponowała, że mogę przyjść pomóc jej z dziećmi. Coś w rodzaju bezpłatnej praktyki. Najczęściej odbiera ona dzieci ze szkoły/przedszkola i bawi się z nimi w parku. Wydaje mi się, ze to całkiem dobry pomysł. Po pierwsze- zobaczyłabym jak to wygląda, po drugie inne mamy w parku mogłyby mnie zobaczyć i może akurat bym się im spodobała albo została polecona, po trzecie całkiem możliwe, że Rafaella będzie zmuszona zostawić parę dzieciaków więc może byłaby to możliwość do przejęcia ich. Zobaczymy.
Dosłownie parę minut temu dostałam też odpowiedź na mój list od jednej z mam. Kobieta mieszka dość blisko nas, na wschodzie Mediolanu i ma 3 letnią córeczkę. Dziewczynka chodzi do przedszkola, więc potrzebuje jedynie kogoś, kto mógłby ją odebrać i przez ok 3 godziny pobawić się z nią w parku, gdy pogoda na to pozwala, lub w domu. W przyszłym tygodniu mamy się spotkać i porozmawiać. Myślę, że to całkiem dobry początek. Oczywiście 3 godziny pracy dziennie to prawie żadna praca, ale dobre i to. Poczekamy zobaczymy. Oby ktoś jeszcze mi odpisał :)
A dopo!
poniedziałek, 9 czerwca 2014
wakacyjnie
Weekend spędziliśmy nad jeziorem. Pogoda była przepiękna. Nawet za gorąco! Na campingu nie dało się wytrzymać na szczęście przy samym brzegu wiał ożywczy wiaterek.
Z dnia na dzień rozumiem coraz więcej. Codziennie rano, przy śniadaniu puszczam sobie Peppę Pig, bo tam język jest najbardziej zrozumiały i często powtarzają frazy. Zawsze się w tedy zastanawiam czy mój mały Adaś już widział ten odcinek. oprócz tego codziennie trochę fiszek i tekst lub dwa z książki do nauki języka. Tak jak obiecałam Gio- od dzisiaj mniej angielskiego a więcej włoskiego. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Od dzisiaj też chcę zacząć szukać pracę. Gdy tylko Giorgio przetłumaczy mi CV zacznę je rozsyłać. Zamierzam też podejść do znajdującego się niedaleko Informa Giovani, czyli punktu informacyjnego dla młodych ludzi. Może mi coś doradzą w sprawie pracy lub mojego pobytu tutaj. Chciałam tam podejść już dzisiaj ale jest tak gorąco, że chyba sobie daruję, szczególnie, że otwarty jest popołudniu. Co jeszcze muszę załatwić?
Nad jeziorem spotkałam dziewczynę, której matka jest polką. Pogadałyśmy trochę po polsku. Było to strasznie dziwne. Nie dla tego, że już nie dużo pamiętała (ostatni raz w Polsce była 2 lata temu i to tylko na 4 dni. Cała jej rodzina jest we Włoszech) ale dlatego, że w koło nas ciągle słyszałam włoski a na usta cisnęły mi się angielskie wyrazy. Trochę się pomęczyłam i wyszło na to, że rozmawiałyśmy w 3 językach naraz.
Tęsknię, ale nie jest już na szczęście tak źle jak na początku. Przyzwyczaiłam się. Wszyscy mi bardzo pomagają i są niesamowicie życzliwi. Codziennie jednak zastanawiam się co w tej chwili robi Marta, jak broi mały Adaś, czy Filip nie daje za bardzo w kość rodzicom, co u Michała i Magdy, jak się czują dziadkowie. Eh muszę chyba doładować skypa, żeby móc z Wami pogadać.
Gorące całuski kochani! A dopo!
PS Subskrypcja! Jeżeli chcecie dostawać powiadomienia o nowych postach i nie musieć sprawdzać co jakiś czas czy coś dodałam: na górze, nad tym postem wpiszcie swój adres e-mail i kliknijcie Submit :)
Z dnia na dzień rozumiem coraz więcej. Codziennie rano, przy śniadaniu puszczam sobie Peppę Pig, bo tam język jest najbardziej zrozumiały i często powtarzają frazy. Zawsze się w tedy zastanawiam czy mój mały Adaś już widział ten odcinek. oprócz tego codziennie trochę fiszek i tekst lub dwa z książki do nauki języka. Tak jak obiecałam Gio- od dzisiaj mniej angielskiego a więcej włoskiego. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Od dzisiaj też chcę zacząć szukać pracę. Gdy tylko Giorgio przetłumaczy mi CV zacznę je rozsyłać. Zamierzam też podejść do znajdującego się niedaleko Informa Giovani, czyli punktu informacyjnego dla młodych ludzi. Może mi coś doradzą w sprawie pracy lub mojego pobytu tutaj. Chciałam tam podejść już dzisiaj ale jest tak gorąco, że chyba sobie daruję, szczególnie, że otwarty jest popołudniu. Co jeszcze muszę załatwić?
Nad jeziorem spotkałam dziewczynę, której matka jest polką. Pogadałyśmy trochę po polsku. Było to strasznie dziwne. Nie dla tego, że już nie dużo pamiętała (ostatni raz w Polsce była 2 lata temu i to tylko na 4 dni. Cała jej rodzina jest we Włoszech) ale dlatego, że w koło nas ciągle słyszałam włoski a na usta cisnęły mi się angielskie wyrazy. Trochę się pomęczyłam i wyszło na to, że rozmawiałyśmy w 3 językach naraz.
Tęsknię, ale nie jest już na szczęście tak źle jak na początku. Przyzwyczaiłam się. Wszyscy mi bardzo pomagają i są niesamowicie życzliwi. Codziennie jednak zastanawiam się co w tej chwili robi Marta, jak broi mały Adaś, czy Filip nie daje za bardzo w kość rodzicom, co u Michała i Magdy, jak się czują dziadkowie. Eh muszę chyba doładować skypa, żeby móc z Wami pogadać.
Gorące całuski kochani! A dopo!
PS Subskrypcja! Jeżeli chcecie dostawać powiadomienia o nowych postach i nie musieć sprawdzać co jakiś czas czy coś dodałam: na górze, nad tym postem wpiszcie swój adres e-mail i kliknijcie Submit :)
środa, 4 czerwca 2014
pierwszy kontakt...
Sprawy zaczęły nabierać tempa. Wczoraj dostałam mój nowy, włoski numer telefonu. Zrządzeniem losu (w które tym razem wierzę) podczas zmiany operatora dla Giorgio musieli zamiast 1 karty kupić aż 3. To bardzo skomplikowane i nie wiem czy wszystko udało mi się zrozumieć, tak czy siak dostałam jedną z tych kart. Zobaczymy, czy za 3 miesiące nie będę musiała jej zmienić ale jak na razie- zostaje :)
Dzisiaj, jako że Gio ma dzień wolny pojechaliśmy do Agenzia delle entrate, żeby załatwić mój prywatny Codice fiscale. Jest to coś co działa na zasadzie naszego numeru PESEL jest jednak dużo dłuższe i składa się zarówno z cyfr jak i liter a potrzebny jest dosłownie wszędzie.
Procedura w takim urzędzie bardzo podobna jest do naszej w Polsce (np załatwianie karty EKUZ). Różnica jednak polega na tym, że po wejściu nie pobierasz numerku z maszyny tylko stoisz w kolejce do 1 z 2 okienek gdzie pani Ci go podaje. Trochę mnie to zdziwiło, bo niby czemu nie mogłabym sama tego zrobić, pani jednak podała mi formularz do wypełnienia i powiedziała, że muszę zrobić kopię dowodu (oczywiście w innym budynku bo tu- Ups!- kserokopiarka nie działa). Dodam tylko, że pani była nadzwyczaj miła a gdy dowiedziała się, że jestem z Krakowa, uśmiechnęła się promiennie i powiedziała, że tam była i że miasto jest przepiękne.
Zrobiliśmy wszystko co kazała i czekaliśmy na pojawienie się naszego numerka. Na szczęście nie trwało to długo. Pani w tym okienku była już zdecydowanie mniej sympatyczna (typowy urzędas: zero uśmiechu, spokój, opanowanie, kamienna twarz itd). Oprócz tego, że miała ogromny problem z przeczytaniem mojego nazwiska i miejscowości pomyliła się we wpisywaniu imienia. ALCJA? No cóż. Przynajmniej się udało!
Tak oto "zaliczyłam" mój pierwszy kontakt z urzędem i urzędnikami we Włoszech. Tym razem poszło dość gładko, zobaczymy co będzie dalej :)
A dopo!
Dzisiaj, jako że Gio ma dzień wolny pojechaliśmy do Agenzia delle entrate, żeby załatwić mój prywatny Codice fiscale. Jest to coś co działa na zasadzie naszego numeru PESEL jest jednak dużo dłuższe i składa się zarówno z cyfr jak i liter a potrzebny jest dosłownie wszędzie.
Procedura w takim urzędzie bardzo podobna jest do naszej w Polsce (np załatwianie karty EKUZ). Różnica jednak polega na tym, że po wejściu nie pobierasz numerku z maszyny tylko stoisz w kolejce do 1 z 2 okienek gdzie pani Ci go podaje. Trochę mnie to zdziwiło, bo niby czemu nie mogłabym sama tego zrobić, pani jednak podała mi formularz do wypełnienia i powiedziała, że muszę zrobić kopię dowodu (oczywiście w innym budynku bo tu- Ups!- kserokopiarka nie działa). Dodam tylko, że pani była nadzwyczaj miła a gdy dowiedziała się, że jestem z Krakowa, uśmiechnęła się promiennie i powiedziała, że tam była i że miasto jest przepiękne.
Zrobiliśmy wszystko co kazała i czekaliśmy na pojawienie się naszego numerka. Na szczęście nie trwało to długo. Pani w tym okienku była już zdecydowanie mniej sympatyczna (typowy urzędas: zero uśmiechu, spokój, opanowanie, kamienna twarz itd). Oprócz tego, że miała ogromny problem z przeczytaniem mojego nazwiska i miejscowości pomyliła się we wpisywaniu imienia. ALCJA? No cóż. Przynajmniej się udało!
Tak oto "zaliczyłam" mój pierwszy kontakt z urzędem i urzędnikami we Włoszech. Tym razem poszło dość gładko, zobaczymy co będzie dalej :)
A dopo!
wtorek, 3 czerwca 2014
Pierwsze dni
Przyleciałam 31 maja wieczorem. Ciężko było się rozstać z rodziną jeszcze ciężej opanować łzy w ramionach Giorgio. Musiało mu serce krwawić jak na mnie patrzył.
Wieczorem tego samego dnia Elena świętowała swoje 18 urodziny. Impreza była spora, bo przeszło 25 osób. Wszyscy, którzy oczywiście odważyli się otworzyć do mnie buzie- a było to raczej stałe grono znajomych Gio, byli bardzo mili. Świetnie mi się z nimi gadało jednak ból głowy, który zaczął się już w samolocie, nasilił się przez głośną muzykę i migające światełka.
Udało nam się zmyć zaraz po torcie i szampanie więc w okolicach 2 nad ranem.
Rano musieliśmy wstać o 7, bo Gio ostatnio nie zdążył odebrać mojego bagażu, który nadałam busem Agat. Szczęście, że kierowcy powiedzieli mi, że jadą do Turynu i będą wracać również przez Mediolan, więc możemy odebrać paczkę koło 9:30 na przystanku autobusowym. Nauczeni poprzednim wydarzeniem (bus miał być w Mediolanie 13:30 przezornie jednak zadzwoniłam zapytać, o której mniej więcej będą. Powiedzieli mi, że w okolicach 16. Potem, gdy Gio dzwonił powiedzieli mu "tra 2 ore". Tak więc pojechał tam ale bus już dawno odjechał) wyjechaliśmy odpowiednio wcześniej. Na szczęście przyjechali spóźnieni tylko parę minut. Odzyskałam rzeczy!
Po przyjeździe do domu trzeba było to wszystko rozpakować. Nawet nie poszło tak źle. Nie zajęłam dużo miejsca :)
2 czerwca- Festa della Repubblica, tak więc wolne od pracy. Rodzice Gio wraz z Eleną pojechali nad jezioro a my obeszliśmy cale Novate Milanese. Miasteczko nie jest duże a jednak można tu znaleźć sporo ciekawych rzeczy. Przede wszystkim jest bardzo zielone. W porównaniu z Mediolanem, gdzie zielony fragment jest rzadkościom, tu znajduje się mnóstwo parków, które w większości są bardzo zadbane i zrobione z myślą o dzieciach i młodzieży. Jedyne co mi się nie podobało w Novate (po naszej stronie torów kolejowych) to mnóstwo grafiti na praktycznie każdym budynku w okolicach parków i szkół.
Po lunchu poszliśmy zobaczyć co kryje się po "drugiej stronie torów". Ta okolica zdecydowanie mniej mi się podobała. Budynki wyglądały na zaniedbane a ulice były jakby bez życia. Wracając wstąpiliśmy po pizze. Swoją drogą to co bardzo mnie bawi ale zarazem bardzo mi się podoba: Idziesz po pizze we Włoszech, którą w małej, brzydkiej budce z dużym obrazem Jezusa a obok napisem NAPOLI, sprzedają Turcy...O dziwo czekasz tylko 10 minut, płacisz 4 euro a pizza jest cieplutka i pyszna.
Dzisiaj Gio poszedł na uczelnie, Elena do szkoły a rodzice Gio do pracy więc mam czas, żeby troszkę ogarnąć swoje rzeczy i zorientować się co i jak.
A dopo!
Wieczorem tego samego dnia Elena świętowała swoje 18 urodziny. Impreza była spora, bo przeszło 25 osób. Wszyscy, którzy oczywiście odważyli się otworzyć do mnie buzie- a było to raczej stałe grono znajomych Gio, byli bardzo mili. Świetnie mi się z nimi gadało jednak ból głowy, który zaczął się już w samolocie, nasilił się przez głośną muzykę i migające światełka.
Udało nam się zmyć zaraz po torcie i szampanie więc w okolicach 2 nad ranem.
Rano musieliśmy wstać o 7, bo Gio ostatnio nie zdążył odebrać mojego bagażu, który nadałam busem Agat. Szczęście, że kierowcy powiedzieli mi, że jadą do Turynu i będą wracać również przez Mediolan, więc możemy odebrać paczkę koło 9:30 na przystanku autobusowym. Nauczeni poprzednim wydarzeniem (bus miał być w Mediolanie 13:30 przezornie jednak zadzwoniłam zapytać, o której mniej więcej będą. Powiedzieli mi, że w okolicach 16. Potem, gdy Gio dzwonił powiedzieli mu "tra 2 ore". Tak więc pojechał tam ale bus już dawno odjechał) wyjechaliśmy odpowiednio wcześniej. Na szczęście przyjechali spóźnieni tylko parę minut. Odzyskałam rzeczy!
Po przyjeździe do domu trzeba było to wszystko rozpakować. Nawet nie poszło tak źle. Nie zajęłam dużo miejsca :)
2 czerwca- Festa della Repubblica, tak więc wolne od pracy. Rodzice Gio wraz z Eleną pojechali nad jezioro a my obeszliśmy cale Novate Milanese. Miasteczko nie jest duże a jednak można tu znaleźć sporo ciekawych rzeczy. Przede wszystkim jest bardzo zielone. W porównaniu z Mediolanem, gdzie zielony fragment jest rzadkościom, tu znajduje się mnóstwo parków, które w większości są bardzo zadbane i zrobione z myślą o dzieciach i młodzieży. Jedyne co mi się nie podobało w Novate (po naszej stronie torów kolejowych) to mnóstwo grafiti na praktycznie każdym budynku w okolicach parków i szkół.
Po lunchu poszliśmy zobaczyć co kryje się po "drugiej stronie torów". Ta okolica zdecydowanie mniej mi się podobała. Budynki wyglądały na zaniedbane a ulice były jakby bez życia. Wracając wstąpiliśmy po pizze. Swoją drogą to co bardzo mnie bawi ale zarazem bardzo mi się podoba: Idziesz po pizze we Włoszech, którą w małej, brzydkiej budce z dużym obrazem Jezusa a obok napisem NAPOLI, sprzedają Turcy...O dziwo czekasz tylko 10 minut, płacisz 4 euro a pizza jest cieplutka i pyszna.
Dzisiaj Gio poszedł na uczelnie, Elena do szkoły a rodzice Gio do pracy więc mam czas, żeby troszkę ogarnąć swoje rzeczy i zorientować się co i jak.
A dopo!
sobota, 17 maja 2014
Początki
Przez tę paskudną, deszczową pogodę i w przypływie niewyjaśnionego natchnienia postanowiłam stworzyć tego bloga jeszcze przed wyjazdem do Włoch. Teraz jestem skołowana. Jak to działa?! Mam nadzieję, że szybko się tego nauczę i będzie on jako tako wyglądał.
Gwoli wyjaśnienia więc, blog ten stworzyłam ot tak (mam też świadomość, że najpewniej, przynajmniej na początku- będę jedyną odwiedzającą). Mam nadzieję, że uda mi się dość często opisywać... No własnie, co? Chyba po prostu to jak sobie radzę w tym pięknym kraju, ale nie tylko. Przecież jest tu tyle fascynujących rzeczy. Na przykład ludzie. Czy faktycznie wszyscy włosi to "mamisynki" i czy pastę jada się codziennie?
Jestem podekscytowana wyjazdem, ale jeszcze sporo rzeczy do zrobienia! Na razie więc to tyle.
Gwoli wyjaśnienia więc, blog ten stworzyłam ot tak (mam też świadomość, że najpewniej, przynajmniej na początku- będę jedyną odwiedzającą). Mam nadzieję, że uda mi się dość często opisywać... No własnie, co? Chyba po prostu to jak sobie radzę w tym pięknym kraju, ale nie tylko. Przecież jest tu tyle fascynujących rzeczy. Na przykład ludzie. Czy faktycznie wszyscy włosi to "mamisynki" i czy pastę jada się codziennie?
Jestem podekscytowana wyjazdem, ale jeszcze sporo rzeczy do zrobienia! Na razie więc to tyle.
A dopo!
Subskrybuj:
Posty (Atom)