wtorek, 3 czerwca 2014

Pierwsze dni

  Przyleciałam 31 maja wieczorem. Ciężko było się rozstać z rodziną jeszcze ciężej opanować łzy w ramionach Giorgio. Musiało mu serce krwawić jak na mnie patrzył.
  Wieczorem tego samego dnia Elena świętowała swoje 18 urodziny. Impreza była spora, bo przeszło 25 osób. Wszyscy, którzy oczywiście odważyli się otworzyć do mnie buzie- a było to raczej stałe grono znajomych Gio, byli bardzo mili. Świetnie mi się z nimi gadało jednak ból głowy, który zaczął się już w samolocie, nasilił się przez głośną muzykę i migające światełka.
Udało nam się zmyć zaraz po torcie i szampanie więc w okolicach 2 nad ranem.
  Rano musieliśmy wstać o 7, bo Gio ostatnio nie zdążył odebrać mojego bagażu, który nadałam busem Agat. Szczęście, że kierowcy powiedzieli mi, że jadą do Turynu i będą wracać również przez Mediolan, więc możemy odebrać paczkę koło 9:30 na przystanku autobusowym. Nauczeni poprzednim wydarzeniem (bus miał być w Mediolanie 13:30 przezornie jednak zadzwoniłam zapytać, o której mniej więcej będą. Powiedzieli mi, że w okolicach 16. Potem, gdy Gio dzwonił powiedzieli mu "tra 2 ore". Tak więc pojechał tam ale bus już dawno odjechał) wyjechaliśmy odpowiednio wcześniej. Na szczęście przyjechali spóźnieni tylko parę minut. Odzyskałam rzeczy!
  Po przyjeździe do domu trzeba było to wszystko rozpakować. Nawet nie poszło tak źle. Nie zajęłam dużo miejsca :)
  2 czerwca- Festa della Repubblica, tak więc wolne od pracy. Rodzice Gio wraz z Eleną pojechali nad jezioro a my obeszliśmy cale Novate Milanese. Miasteczko nie jest duże a jednak można tu znaleźć sporo ciekawych rzeczy. Przede wszystkim jest bardzo zielone. W porównaniu z Mediolanem, gdzie zielony fragment jest rzadkościom, tu znajduje się mnóstwo parków, które w większości są bardzo zadbane i zrobione z myślą o dzieciach i młodzieży. Jedyne co mi się nie podobało w Novate (po naszej stronie torów kolejowych) to mnóstwo grafiti na praktycznie każdym budynku w okolicach parków i szkół.
  Po lunchu poszliśmy zobaczyć co kryje się po "drugiej stronie torów". Ta okolica zdecydowanie mniej mi się podobała. Budynki wyglądały na zaniedbane a ulice były jakby bez życia. Wracając wstąpiliśmy po pizze. Swoją drogą to co bardzo mnie bawi ale zarazem bardzo mi się podoba: Idziesz po pizze we Włoszech, którą w małej, brzydkiej budce z dużym obrazem Jezusa a obok napisem NAPOLI, sprzedają Turcy...O dziwo czekasz tylko 10 minut, płacisz 4 euro a pizza jest cieplutka i pyszna.
  Dzisiaj Gio poszedł na uczelnie, Elena do szkoły a rodzice Gio do pracy więc mam czas, żeby troszkę ogarnąć swoje rzeczy i zorientować się co i jak.
A dopo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz