Moje spotkania z Matilde są zwykle bardzo podobne. Jako, że jestem tam tylko na 1.5 godziny a ona dopiero co wraca z przedszkola- koniecznie trzeba oglądać bajki. Moja praca jest więc banalnie łatwa. Siedzę z nią na kanapie, oglądamy bajki po angielsku a ja w trakcie do niej gadam opisując dodatkowo co się dzieje. Gdy ją coś bardzo zainteresuje powtarza dane słówko czy frazę. Często jednak zupełnie nie ma to sensu więc ją poprawiam. Ostatnio, gdy oglądałyśmy "3 male świnki" zapytała mnie co to znaczy "bi-ba-bu". Bi ba bu?! "Big bad woolf, Mati?" Si!
Wczoraj spieszyłam się, żeby wyjść nieco wcześniej, bo rodzice Gio czekali na mnie ze "świątecznym obiadem", z okazji zdania matury :) Mati już też pod koniec była zmęczona kreskówkami i chyba głodna a więc przyklejona do mamy. Szybko więc się z nią pożegnałam. Jej mama zatrzymała mnie w drzwiach, wręczyła kopertę mówiąc, że to za dni tu spędzone i że to nie dużo pieniędzy ale jak na początek... Podziękowałam i wyszłam. Za drzwiami otworzyłam kopertę. Znalazłam w niej 100 euro. Ścięło mnie. Wiedziałam, że chce mi zapłacić ale myślałam, że symbolicznie, może zwrócić pieniądze za dojazd i tyle.
Byłam tam 4 razy po 1.5 godziny. Wyszłoby więc ponad 16 euro za godzinę. Biorąc pod uwagę, że za pierwszym razem w ogóle się z małą nie bawiłam, tylko rozmawiałam z jej mamą- ponad 20 euro. Ewidentnie widać, że są zamożnymi ludźmi i zależy im na mnie ale nie wierzę, żeby chcieli mi tyle płacić! Teraz pytanie: czy te pieniądze stanowią tylko zachętę, czy może zapłaciła mi też za przyszłe spotkania (nie mam pojęcia jak często chce mnie jeszcze widzieć)?
Tak czy siak, widzimy się jeszcze raz w tym tygodniu. Mamy porozmawiać odnośnie umowy i jak to wszystko rozwiązać. Najprawdopodobniej więc wszystkiego dowiem się już wkrótce.
A dopo!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz